Powiadają, że jedna chwila może zmienić całe życie człowieka. Nikt zdaje się w to nie wierzy i nikt nie przywiązuje do tego wagi. Jestli to twierdzenie jedynie bujdą dla dzieci i panien wierzących w przeznaczenie? Czy ty byś w to uwierzył kawalerze? Czy wierzysz, że przedmiot pozostawiony przypadkiem w niewłaściwym miejscu może decydować o losach kilku osób? O ich życiu i śmierci? Miarkuję z twej twarzy kawalerze, że nie wierzysz. No cóż... Porucznik Ventez tez nie wierzył. Ale on nie znał całej prawdy.
Hrabina Ekaterina Mavrić miała mieszane odczucia. Człowiek, który był gospodarzem całego tego wystawnego polowania i zarazem właścicielem uroczego myśliwskiego dworku, w którym właśnie świętowano udane łowy, był dla niej zagadką. Szlachcic ów, jak mówiła plotka, pochodził z Ragady. Samo to dawało do myślenia. Powierzchowność jego zdawała się potwierdzać wszystko, co mówi się o Ragadańczykach. Mrukliwy, gburowaty milczek zupełnie niepasujący do salonów. Każdy jego ukłon czy pozdrowienie wyrażały z trudem skrywaną pogardę. Nawet na wystawnym bankiecie, na jakim się teraz znajdowali, ubrany był w swoje zwykłe odzienie, proste, czarne ubranie, doskonale skrojone, jednak w żaden sposób nieodzwierciedlające obowiązującej mody. Gospodarz trzymał się na uboczu. Stał w kącie, pił sam, z rzadka wymieniając zdawkowe grzeczności i wymuszone uśmiechy. Starał się schodzić gościom z drogi. Było jasne, że takie polowania są dla niego tylko źródłem dochodu, a prawdziwym fundatorem tej imprezy jest Baron Vujević, którego marzeniem jest błyskotliwa kariera wojskowa jego syna. Nic więc dziwnego, że zabiega o względy małomównego i niemiłego w obejściu porucznika Vicco Venteza. W końcu znany jest fakt jego bliskiej zażyłości z emerytowanym kapitanem Darko Stanevem - człowiekiem, który ma bardzo szerokie kontakty w agaryjskiej armii. Temat kariery wojskowej młodego Vujevića interesował jednak Hrabinę dosyć pobieżnie. Zdecydowanie bardziej intrygował ją Vicco Ventez, tajemniczy porucznik z Ragady. Nic w tym dziwnego, w świetle uprzednich wydarzeń tego dnia...
Ventez już wiedział, że ma poważne kłopoty. Cynazyjczyk okazał się dużo lepszym szermierzem niż on. Ragadańczyk dwoił się i troił, ale jego umiejętności były po prostu zbyt niskie. Baron, absolwent jednej z najlepszych szkól szermierczych w całej Cynazji, przewyższał go szermierczo pod każdym względem. Na nic zdała się cała pasja i gniew. Na nic sztuczki wyuczone od ojca. Baron był zawsze dwa kroki do przodu. Wyprzedzał, zwodził, ripostował. Bawił się i męczył przeciwnika. Przechodził do obrony i trzymał go na dystans. Wiedział jak walczyć przeciwko Ragadańczykom. Nie dał Ventezowi ani jednej szansy na przejście do zwarcia. Schodził po kole, wyprowadzał finty i efektowne cięcia samym koniuszkiem szpady. Chciał ośmieszyć swojego przeciwnika. Zanim go zabije.
Ventez broczył już z kilku skaleczeń. Miał tego dosyć. Miał dość tego poniżenia. Od początku wiedział, że baron dąży do konfrontacji. Nie wiedział dlaczego. Nie dociekał jednak. To nie było istotne. Znieważono go. Znieważono kobietę, którą kochał. Znieważono jego kraj. Musiał zareagować. Inaczej nie mógłby spokojnie patrzeć w lustro. Zareagował i zapłacił.
Skrwawiony, skrajnie zmęczony i upokorzony Ragadańczyk podniósł rapier po raz ostatni. Teraz albo nigdy.
Hrabina drżała z przerażenia. Wszystko przez to, że nie mogła się oprzeć małemu niedźwiadkowi. Choć zdrowy rozsądek ostrzegał, wbrew wszelkiej logice hrabina postanowiła się zbliżyć do zwierzęcia. Jego dramatyczne nawoływania i przerażony głos chwyciły za serce Ekaterinę i przyćmiły wszelkie obawy. Do momentu, kiedy było już za późno, żeby się wycofać.
Spłoszony koń uciekł, a hrabina stała sparaliżowana strachem na środku polany, obserwując zbliżającą się bestię. W tym krótkim momencie życia, w tej przerwie między oddechami, w tej chwili zatrzymanego czasu, niedźwiedzica nie była dla hrabiny zwierzęciem. Była bestią, zbliżającą się nieubłaganie, osiemsetfuntową śmiercią, potworem z futra, pazurów i kłów. Strach nie rodzi się w głowie ni w sercu. Prawdziwy strach, ten sprzed tysięcy lat, rodzi się w kręgosłupie, tuż nad krzyżem. To tam jego zimne szpony chwytają człowieka w swój żelazny uścisk i przeszywają go chłodem. To kręgosłup jest źródłem paraliżu. To on nie pozwala się ruszyć. Hrabina mogła tylko patrzeć.
- A niech to jasna cholera - zaklął Ventez - wiedział, że nie ma dużo czasu. Spiął konia do galopu.
Ekaterina z chorą fascynacją obserwowała szczegóły. Strużkę śliny leniwie kołyszącą się na zębie niedźwiedzicy. Żałosne odgłosy wydawane przez przerażonego niedźwiadka. Pożółkłe, czterocalowe kły. Absurdalnie wielkie, sześciocalowe pazury. Teraz już nie była hrabiną. Nie czuła się jak hrabina. Była sztuką mięsa. Bezrozumną masą grozy.
- Niech Pani nie wykonuje żadnych gwałtownych ruchów, hrabino - głos wyrwał ją z odrętwienia. Umysł od nowa zaczął pracować. W samą porę - niedźwiedzica była już niecałe dziesięć kroków od nich.
Kątem oka dostrzegła jak Ventez miękkim, kocim ruchem zeskakuje z konia. Niespokojne zwierzę natychmiast odbiegło na skraj polany. Niedźwiedzica uniosła górną wargę, demonstrując olbrzymie kły. Z gardzieli wydobył się głuchy ryk. Po chwili ruszyła do ataku. Jak na zwierzę o takiej masie była zadziwiająco szybka. Ragadańczyk był jednak szybszy. Odepchnął hrabinę do tyłu. Mocno, brutalnie, nie zważając na to, czy coś jej się stanie, czy nie. W jego ręce, nie wiadomo kiedy i skąd, pojawił się pistolet. Porucznik stał w pozycji strzeleckiej. Wytrzymał do samego końca. Niedźwiedzica zatrzymała się tuż przed nim. Uniosła się na tylne łapy, prezentując cały swój majestat królowej lasu. Trzymetrowe cielsko górowało nad człowiekiem, podkreślając jego słabość swoją potęgą. Mimo to Ventez stał hardo i mierzył ze swojego pistoletu prosto w pysk.
- No maleńka - mówił spokojnym głosem - już dobrze, już dobrze, nic nie będzie twojemu dziecku, no już... uspokój się. Pięknie.
Hrabina obserwowała tą scenę z niedowierzaniem. Wydawało się, że wściekły zwierz rzuci się na porucznika i rozerwie go na strzępy w mgnieniu oka. Jednak wbrew wszelkiej logice niedźwiedzica zaczęła się uspokajać. Gardłowy warkot powoli przycichał. Warga opuściła się, zasłaniając olbrzymie zębiska. Zwierze cofnęło się o krok i zaczęło opadać na cztery łapy. I właśnie wtedy padł strzał...
Ventez wiedział, że niedźwiedzica nie żyje, jeszcze zanim upadła na ziemię. Wiedział aż nazbyt dobrze, jak wygląda śmierć. To był strzał z muszkietu. Bardzo pewny. Z dalekiej odległości. Strzelec nie liczył się ani z ryzykiem zranienia i rozwścieczenia zwierzęcia, ani też z ryzykiem zranienia samego porucznika. Trafił dokładnie między oczy. Osiemset funtów mięsa i kłaków rąbnęło o ziemię. Jucha błyskawicznie rozlała się po ziemi. Ventez wiedział, że tylniej części głowy zwierzęcia praktycznie nie ma. Idealne trofeum - skonstatował z przekąsem. Ponad martwym ciałem niedźwiedzicy, kilkanaście kroków dalej, dostrzegł mokre oczy siedzącego bezradnie niedźwiadka. Wezbrał w nim gniew.
Ventez schował pistolet i odwrócił się niespiesznie. Z miejsca, z którego padł strzał, wyłonił się jeden z jego gości - baron z dalekiej Cynazji.
- Piękny strzał kawalerze, piękny strzał - powiedział i poszedł zastrzelić niedźwiedziątko.
Hrabina ruszyła powoli w kierunku porucznika. Wieści o wydarzeniach dzisiejszego dnia rozniosły się szybko. Wedle jednej z plotek porucznik Ventez uratował hrabinie życie, zasłaniając ją własnym ciałem - gest namiętności i romansu godny tylko Ragadańczyka, wedle innej to Francis de Travignon uratował życie hrabiny i bezradnego Venteza, zabijając pewnym i precyzyjnym strzałem niedźwiedzicę i wykazując opanowanie godne obywatela Cynazji. Wieczorna uczta jednak nie mogła mieć dwóch bohaterów. Nadszedł więc czas rozpoczęcia gry. A nic bardziej niż gry, szczególnie te niebezpieczne, nie radowało serca hrabiny.
- Za każdym razem tak samo - pomyślał Ventez. Człowiek ma nadzieję, że się przyzwyczai, oswoi. Nic z tego. Nie da się przyzwyczaić do zabijania.
Porucznik popatrzył w oczy niedźwiadka. Wodniste i nierozumiejące, mimo to w jakiś sposób rozgoryczone i przerażone.
- Zupełnie jak wtedy - powiedział do siebie. - Zupełnie jak wtedy - powtórzył, patrząc gdzieś w pustkę.
Drżącą ręką odciągnął kurek muszkietu. Robił to już setki razy. W końcu był szlacheckim synem. Jego ojciec uczył go strzelać, odkąd był w stanie unieść pistolet. Nigdy jednak nie zabijał. Owszem zdarzyło mu się zastrzelić kaczkę czy zająca na polowaniu. Raz nawet ustrzelił łanię. Nigdy jednak nie zabijał. Teraz miał zacząć. Nie miał wyboru...
Kula śmignęła tuż koło jego głowy. Nawet tego nie zauważył. Był przerażony i oszołomiony. Źrenicami rozszerzonymi do granic możliwości chłonął koszmarną rzeczywistość. Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Wszystkie wrażenia były przytępione. Ogłuszający huk salw artyleryjskich oraz wystrzałów setek muszkietów dobiegał jakby z bardzo daleka. Ostry, duszący zapach prochu stanowił jakieś odległe tło w symfonii zmysłów odgrywanej właśnie w jego głowie. Piekielny chłód poranka, tak dokuczliwy jeszcze przed paroma minutami, teraz ustąpił miejsce fali gorąca. Świszczące wokół kule przestały nagle być źródłem grozy, a stały się elementem krajobrazu. Jak krople deszczu. Chłopak nie zdawał sobie sprawy z faktu, że jego umysł właśnie przestał się skupiać na pierdołach i poddał się w pełni woli przetrwania. W jego głowie cisza ryczała z siłą nawałnicy.
Ładuj, cel, pal. Ładuj, cel, pal. To było jak modlitwa. Chłopak w markaliańskim mundurze wykonywał te czynności machinalnie, jakby bez udziału mózgu. Całą swoją wolę skupiał na tym, aby nie myśleć o niczym innym. Na przykład o tym, że przegrywają. Na przykład o tym, że giną. Ani o tym, że on prawdopodobnie również zginie i to całkiem niedługo. Po raz kolejny podniósł kolbę do ramienia. Wycelował. Dym i mgła zasnuły pole walki. Nagle świat stanął w miejscu. I stał się strasznie zimny.
Słyszałeś kiedyś kawalerze o kimś, kto umarł przez jedzenie jabłek? A o kimś, kto zginął, dlatego że jabłka jadł ktoś inny? Widzę to niedowierzanie w twoich oczach kawalerze. Myślisz, że z ciebie drwię? Nic podobnego. Porucznik Ventez bynajmniej nie uznałby tego za śmieszne. Ale on nie znał całej prawdy.
Hrabina była kobietą piękną. Zbliżała się powoli do trzydziestki i była piękna tym wyrafinowanym i dobrze zakonserwowanym pięknem, jakim emanują kobiety bogate i rozpuszczone do granic możliwości. Hrabia Mavrić był już starym mężczyzną, gdy brał siedemnastoletnią Ekaterinę za żonę. W kilka lat później hrabia opuścił ten ziemski padół, co uczyniło Ekaterinę jedną z najbardziej pożądanych kobiet w całej Agarii.
Ventez podejrzewał, że sam fakt, że hrabina idzie z nim porozmawiać, był na pewno jakiegoś rodzaju uchybieniem względem etykiety, zresztą na pewno z jego strony. Uchybienia względem etykiety zdarzały mu się ciągle. Nie to, żeby był tego świadom albo go to obchodziło. Bywało to jednak kłopotliwe.
Hrabina stanęła blisko niego. Zbyt blisko. Czuł zapach jej perfum. Zapach uderzający prosto w męskie hormony bez udziału nosa. Ventez był jednak synem Ragady. Ten słodki zapach nie uśpił w nim czujności. Porucznik wyczuwał odór niebezpieczeństwa i fałszu. Smród, który znał aż nazbyt dobrze.
- Nie podziękowałam jeszcze panu za ratunek, poruczniku - głos hrabiny był głęboki i aksamitny.
- To był mój obowiązek, pani - skłonił się bez przesadnej dworności, dokładnie tak jak tego oczekiwała.
- Wykazał się pan jednak niebywałym męstwem - powiedziała hrabina głośniej niż wymagała tego ich konwersacja.
Sonduje mnie - pomyślał Ventez. Wystawia mnie na próbę. Publicznie. Chce mnie rozpracować, wcisnąć w ramy swojej dworskiej układanki. Niedoczekanie. Znam takie jak ty, hrabino. Piękne, spasione bogactwem, zepsute niczym królewskie dzieci. Inteligentne i diablo niebezpieczne. Nie dam się, wciągnąć w twe gry, piękna hrabino. U nas w Ragadzie, takie jak ty, strącaliśmy z piedestału. Razem z waszym bogactwem, waszym fałszem i rozpustą. Pokazywaliśmy wam rozmiary waszego upadku. Żelazem i ogniem. Jedynym co do was docierało - siłą. To przez takich ludzi jak ty synowie szlachetnych rodów szli na wojnę. To przez takich jak ty dzieci południa ginęły w bitwach. Nie tylko w bitwach z wrogiem, ale i w bitwach z głodem i nędzą. To przez was zmarła moja matka. To przez was, mój ojciec jest kaleką. To przez was...
- Czy coś się stało poruczniku? Wygląda Pan na zmęczonego.
- To nic. Zamyśliłem się tylko. Przepraszam hrabino.
- Proszę, nazywaj mnie po imieniu.
Wydaje mu się, że ma o czymkolwiek pojęcie. Durny żołdak. Tyle wart co rapier, który nosi przy boku. Myśli, że jest ponad. Myśli, że nie da się sprowokować. Myli się. Tutaj każdy gra. Tutaj każdy musi grać. On nie jest wyjątkiem. Będzie grał. To tylko kwestia czasu. Jakże rozkoszny jest ten człowiek. Z tymi jego wszystkimi ideałami, z tą jego pogardą i pasją. Taki świeży, taki niewinny. To takie dziwne. Przecież to Ragadańczyk. Żołnierz. Prawdopodobnie rancor. Niewątpliwie już zabijał. Nie raz. Widać to w jego oczach, w jego ruchach. A jednak jest na swój sposób nieskalany. Nietknięty fałszem. Taki prawdziwy. I dumny. Trudno. Dumę można złamać. Niewinność odebrać. Życie to gra. I on musi się tego nauczyć. Durny żołdak. A jednak mi go żal.
- Pytasz, Pani, czy walczyłem? Tam w Ragadzie? I którą ze stron wybrałem? W Ragadzie, Pani, nie wybiera się stron. Gdy człowiek się tam rodzi, strona już jest wybrana za niego. Ja urodziłem się Markalianinem. Tak - jak wy to określacie narodowcem. Tak jak mój ojciec. Tak jak ojciec mojego ojca. Tak jak...
- Bernardo! Ten, chłopak krzyczał "Bernardo". A potem zawtórował mu cały batalion - twarz kapitana Ramireza, nie zdradzała żadnych emocji, może poza zakłopotaniem - i ruszyli do boju. Bez rozkazu. To był cud pułkowniku. Takie rzeczy się nie zdarzają. W obozie mówią, że on powstał z martwych. Padł na ziemię, a po chwili wstał i ruszył do szarży. Sam. A oni poszli za nim. To się nie miało prawa zdarzyć.
- Różne rzeczy się zdarzają, synu. Na polu walki wszystko się może zdarzyć. Ten dzieciak prawdopodobnie uratował nam tyłki.
- Wiem, panie pułkowniku.
- W jakiej jest kondycji?
- Ciężko ranny, ale wyjdzie z tego. Młody jest, zagoi się na nim jak na psie.
- A jak on się właściwie nazywa?
- Ventez, panie pułkowniku. Vicco Ventez - ponoć szlachcic...
Ventez nie słyszał, jak weszła do pokoju. Był zbyt pogrążony w swych myślach. Zorientował się dopiero po dłuższej chwili. Gdy wyczuł jej zapach. Stała tuż za nim. Nie wydawała z siebie żadnego dźwięku, ale on wiedział, że płacze.
- Nie idź tam - wyszeptała. Nie idź tam jutro. Pakuj się, wsiadaj na konia, wyjedź. Nic cię tu nie trzyma. To nie twój kraj. Zaklinam cię. Błagam. Wyjedź.
- Nie mogę wyjechać - odparł spokojnym głosem. Nie jestem psem, żeby uciekać z podkulonym ogonem. Nie po tym, co powiedział.
- To tylko słowa. Nic nie znaczą.
- Dla mnie znaczą. Słowa są całym moim życiem. Wiem, jaka jest ich wartość. Ludzie w moim kraju za nie umierają.
- I ty również umrzesz, jeżeli nie wyjedziesz! - teraz już krzyczała. Dlaczego w ogóle dałeś się sprowokować! Przecież wieszę kim on jest! Zabije cię, rozumiesz? Jutro! Jutro umrzesz i żadne twoje słowa cię nie uratują! Czy tego właśnie chcesz? Dlaczego chcesz umrzeć? Ja tego nie przeżyję!
- A ja nie przeżyję hańby! Już raz się zhańbiłem i nie uczynię tego nigdy więcej! Nigdy więcej nie pozwolę na to, żeby obrażano tych, których kocham! Nigdy! Choćby przyszło jutro zapłacić głową!
- A zatem to koniec - wyszeptała. Z jej ust wydobył się cichy szloch. Po policzkach popłynęły łzy. Tylko na tyle było ją teraz stać.
- Nie płacz ukochana - powiedział cicho - mamy jeszcze jedną noc. Tego nikt nam nie odbierze. A rano... Rano obejrzymy wschód słońca.
Teraz albo nigdy. Ragadańczyk skoczył. Szybki i zdecydowany niczym wilk. Prosto do gardła. Ruszył do przodu, pozorując wypad. Złamał rytm, zatrzymując się. Zaatakował ponownie. Cynazyjczyk nie miał słabych punktów w obronie. Ventez rozpoczął fintą, pchnął nisko w wewnętrzną część uda. Baron zbił pchnięcie i wyprowadził ripostę. Ventez nawet nie próbował zbijać. Ostrze szpady przemknęło po policzku Ragadańczyka dosłownie niecały cal od oka. Obaj walczący znaleźli się bardzo blisko siebie. Ventez miał przewagę i baron o tym wiedział. Jego krótki ragadański rapier po raz pierwszy znalazł się w zasięgu pchnięcia. Zaatakował bez namysłu. Baron mógł tylko wyprowadzić swoje pchnięcie i modlić się, że mu się bardziej poszczęści.
Rozmowa przeciągała się. Dla Venteza była to dość kłopotliwa sytuacja. Hrabina miała wielu konkurentów do swej ręki. I jeszcze więcej do swego łoża. Kilku z nich z pewnością było na Sali. Kilku z nich przyjechało tu ze względu na nią. No i oczywiście był jeszcze baron. Zawsze jest jakiś baron. Francis de Travignon gapił się na nich bez przerwy. To na piękną Ekaterinę, to na Venteza. W zasadzie to wszyscy się na nich gapili. Hrabina wcale nie ułatwiała mu sprawy. Co chwila wprawiała go w zakłopotanie zbyt wylewnymi gestami i pytaniami, których wolałby uniknąć.
- Rancorzy Pani? Nie. Nie są romantyczni. To ludzie bez honoru. Nie ma nic romantycznego w mordowaniu kupców korzennych czy zniewieściałych paniczyków. To nie są pojedynki w świetle księżyca. To brutalny mord i nic więcej. Nie warto nawet o tym rozmawiać.
Cynazyjczyk wciąż patrzył. Ventez nie lubił Cynazyjczyków. Po prawdzie to Ventez nikogo nie lubił. No prawie.
Francis de Travignon nie lubił mówić o tym dniu. Nawet po latach. W zasadzie nigdy o tym nie rozmawiał. Strasznie się irytował, gdy ktokolwiek wspominał owe wydarzenia. Jednak tego pamiętnego dnia, u stóp pagórka, pod jabłonią stało kilku obserwatorów. Wszyscy wpatrzeni w dwójkę walczących na szczycie. Wszyscy mrużący oczy rażone porannym wschodnim słońcem. Wszyscy oprócz niej. A tylko ją pragną zobaczyć skąpaną w porannej rosie. Tylko ją. A jej nie było.
Tak czy inaczej Francis de Travignon zabił Venteza. Wszyscy to widzieli. Wszyscy widzieli szaleńczy atak Ragadańczyka. Wszyscy widzieli jak dwukrotnie trafiony nadal parł do przodu niczym ranny zwierz. I gdy już się zdawało, że dopiął swego, że uda mu się dosięgnąć nieuchwytnego barona de Travignon, wyprowadził swoje okrutne tempo i przebił Ragadańczykowi serce. Wszyscy to widzieli. Zresztą to już bez znaczenia. Wszyscy oni nie żyją.
Tak kawalerze, wszyscy to widzieli. Widzieli, że baron z niemal beznadziejnej pozycji przeszedł do niewiarygodnego ataku. Widzieli, że wykorzystał bezlitośnie chwilę wahania swojego przeciwnika i ugodził go słynnym cynazyjskim ciosem w serce. Ja też to widziałem. Tyle, że w odróżnieniu od pozostałych, widziałem to z bliska. Był to zaiste widok przykry. Z gatunku tych, których nie zapomina się łatwo. O których się śni po nocach i człowiek bardzo chce się z tego snu obudzić. Nie wiem, czemu nie patrzyłem wtedy na skręconą w konwulsjach twarz Venteza. Na szybko rosnącą szkarłatną plamę na jego koszuli. Na sekundanta barona wycierającego jego ubroczoną szpadę z posoki. Wszystko to było tylko tłem. Ja patrzyłem na buty. Buty Venteza ryły ziemię, rzucane jeszcze przez chwilę konwulsjami umierającego ciała. Zbroczone rosą, niczym koszula krwią. A obok nich rozmaślony ogryzek. Ostateczna przyczyna upadku szermierza z Ragady. Te buty czasem mi się śnią. Tak jak spojrzenie, które ponad nimi spotkałem. Spojrzenie barona Francisa de Travignon. Spojrzenie pełne pustki. Venteza jednak to nie już nie obchodziło. Ventezowi było zimno...
Zimno jak jasna cholera. Gdyby można się pocić z zimna, byłby pewnie teraz cały mokry. Nic nie mogło równać się z tym uczuciem. Zimne ostrze przeszywające serce. Zimne powietrze desperacko wciągane do płuc. Chłód poranka. Zimne krople rosy i ciepłe krople krwi. I odgłosy wystrzałów. Krzyki rannych. Rzężenie mordowanych. Nawet tutaj słyszał echa Ragady. Nawet w Ragadzie słyszał echa tamtego miejsca. Cynazja - kraina zdrady i chłodu. Ventez umierał.
Skrzypnęły drzwi. Otworzył oczy. Znów śnił o pojedynku. Który to już raz? Dziś jednak ten sen był na miejscu. Pasował. Rankiem miał się urzeczywistnić.
- Vicco... - wyrwała go z zamyślenia.
- To ty Rissa? - Zapytał, choć znał odpowiedź. Patrzył na dziewczynę półprzytomnym wzrokiem. Była piękna. Po prostu. Wiedział, czego chce, i wiedział, że nie może jej tego dać.
- Vicco... nie musiałeś - słowa uwięzły jej w gardle.
- Tak trzeba, dziewczyno. Tak trzeba. Nie ma odwrotu.
- Vicco, nie idź tam. Błagam cię. Nie idź tam jutro.
- Wszystko w porządku. Nie bój się. W razie czego dworek i cała ziemia będzie należeć do ciebie. Wszystko będzie dobrze.
- Nic nie będzie dobrze! To jest baron de Travignon! Nie jednego już zabił w pojedynku! Wiem, że walka ci nie straszna. Wiem, że zranił twoją dumę... moją dumę... Nie dasz rady Vicco. On cię zabije - nie krzyczała. Nie miała nawet sił, by to wykrzyczeć.
- Nie tym razem, dziewczyno. Nie tym razem.
Zapadła długa cisza.
- Vicco ja muszę - usiadła obok niego. W jego pościeli. Była piękna. Po prostu.
Ventez chciał się ukryć przed samym sobą.
- Nic nie musisz Rissa. Wiem, że czujesz się źle. Wiem, że się obwiniasz. Ale to nie twoja wina i nie twoja sprawa. Przyszłaś płacić za coś, czego nie dostałaś. Na litość Jedynego, przecież ja mógłbym być twoim ojcem! Idź spać, dziewczyno. Nie myśl o tym.
- Nic nie rozumiesz Vicco - powiedziała przez łzy. I wybiegła z pokoju.
Ventez został sam.
To było nieuniknione. Baron od początku dążył do konfrontacji. Ventez nie wiedział dlaczego, ale miał podejrzenia. Człowiek z jego przeszłością musi się z tym pogodzić. Ventez miał wielu wrogów. Takich, którzy nie zapominają. Nawet po latach.
- Żądam zwrotu mojego trofeum, poruczniku - zaczęło się, pomyślał. Teraz pójdzie już jak lawina.
Rozmowy ucichły. Wszyscy wpatrywali się tylko w nich.
- Jeżeli ma pan na myśli niedźwiadka, to nie jest on niczyim trofeum, albowiem jeszcze żyje.
- Żyje, ale ja to niebawem zmienię. Swoją drogą dziwne, że nie zginął z pańskiej ręki. Skądinąd wiem, że rzadko okazuje pan litość.
- Mam już dość zabijania, baronie. I nie pozwolę zabić tego zwierzęcia w mojej posiadłości. Trzeba to było zrobić w lesie.
- W lesie nie miałem takiej sposobności, albowiem pan go zabrał, poruczniku. Zresztą nie sądziłem, że złamie pan odwieczne łowieckie prawo i pozbawi mnie mojej zdobyczy.
- Nie ja pierwszy złamałem tu łowieckie prawa.
- Sytuacja tego wymagała. Dobrze pan o tym wie, poruczniku.
- Nie baronie, sytuacja tego nie wymagała.
- Zarzuca mi pan kłamstwo?
- Skądże znowu. Stwierdzam tylko fakty.
- Skoro odmawia mi pan moich praw i odrzuca moje roszczenia, jestem zmuszony żądać satysfakcji.
- Proszę żądać zatem. I tak nie zamierzam jej panu dać. Nie będę odpowiedzialny za pańską śmierć, baronie i to na mojej własnej ziemi.
- Nie spodziewałem się, że jest pan tchórzem. Różne w życiu słyszałem określenia słynnego porucznika Venteza. W Cynazji - morderca. W Ragadzie - zdrajca. W Bardanii - dezerter. W Agarii - rancor. Ale nigdy tchórz. Aż do dziś. Dziś nazywam pana tchórzem, poruczniku Ventez. Tchórzem i w dodatku łajdakiem. Spółkującym z podlotkiem, którego wziął pan pod swoje skrzydła. Nie za młoda dla pana, poruczniku, ta piękna Bardanka? Dlaczego pan ją przed nami chowa? Czyżby pan się wstydził swojej chłopki? Swojej branki? Swojej góralskiej dzikuski?
Cała sala zamarła. Cisza przed burzą.
- Niech pan mnie nazywa, jak chce baronie, ale od Rissy wara.
- Cóż za szlachetny poryw serca. Jakże piękny. Dama i jej rycerz. Jakże romantycznie. Iście poetycko. Znał pan kiedyś jakiegoś poetę poruczniku? Ja znałem. Dziwnym trafem nazywał się... Zresztą mniejsza z tym. Czy da mi pan satysfakcję, poruczniku Ventez?
Zdawało się, że cały świat okrył się całunem ciszy. Cały świat wyczekiwał.
- Jutro o świcie przy samotnym dębie. Na wzgórzu. Proszę przyjść z sekundantem. Żegnam baronie.
Vicco Ventez opuścił budynek. Damy dworu mdlały.
Poranek nadszedł szybko. Kary devończyk Venteza stał tuż obok siwka barona. Konie od niechcenia skubały trawę. Kropelki rosy świeciły niczym diamenty. Wzeszło słońce.
- Jesteś pewien, że wiesz, co robisz synu? - spytał spokojnie Stanev. Jego stara pomarszczona twarz była zatroskana. - To sławny szermierz. Jeszcze możesz się wycofać.
- Nie mogę kapitanie, ale dziękuję za troskę - Ventez rozejrzał się. - Przyjechała?
- Rissa? - odgadł bezbłędnie Stanev. - Nie przyjechała, ale przyjechały wszystkie inne. Nawet Ekaterina Mavrić - powiedział z przekąsem.
- Dobrze, że nie przyjechała - odrzekł, ignorując uwagę na temat hrabiny. - Nie chcę, żeby to oglądała. Zaczynajmy, kapitanie.
- Życzę ci szczęścia chłopcze. Będzie ci potrzebne.
Dwaj starzy żołnierze ruszyli na wzgórze. Formalności załatwiono szybko. Przeciwnicy stanęli naprzeciw siebie. Ventez ubrany na czarno w swym praktyczny stroju do jazdy konnej. Skoncentrowany i wpatrzony w przeciwnika. Lekko przygarbiony. Posępny niczym kruk. Naprzeciw niego Francis de Travignon, baron z Cynazji. Strojny, dumny i postawny. W błękicie i bieli. Piękny niczym paw.
Baron bez namysłu wybrał cynazyjską szpadę. Ventez sięgnął najpierw po agaryjski długi rapier pojedynkowy. Odłożył go jednak. Wiedział, że wbrew wszelkiemu rozsądkowi musi wybrać krótkie i szerokie ostrze - rapier rodem z Ragady. Był gotów.
- Wiele lat myślałem, co panu powiem, poruczniku - odezwał się baron. - Wiele lat myślałem, co powiem człowiekowi, który zniszczył moje życie. Teraz jednak bark mi słów. Czuję, że nie ma na tym świecie słów, którymi chciałbym do pana przemówić.
- Nikt nie jest w stanie zniszczyć naszego życia za nas baronie. Proszę o tym pamiętać, jeżeli to pan przeżyje. Jest pan gotów?
- Jestem.
- Zaczynajmy zatem.
Ventez ruszył do przodu. Na lekko ugiętych nogach. Poruszał się niczym wielki czarny kot. Prosto do celu. Pominął zwyczajowe chodzenie po kole. Nie oceniał pracy nóg przeciwnika. Wiedział, że baron jest mistrzem. Po prostu ruszył do przodu, nie unosząc nawet swej broni. Baron zaatakował pozorowanym wypadem. Ventez nawet nie postawił zastawy, zmienił jedynie kierunek, w jakim się poruszał, skracając dystans. Baron nie miał już na co czekać. Tym razem wyprowadził swoje legendarne tempo. Błyskawicznie i precyzyjnie. W serce. Chciał zabić. Szpada jednak nie ugrzęzła w ciele. Ventez wykonał oszczędny unik, ponownie zmieniając kierunek. Był już bardzo blisko. Zaatakował perfidnym cięciem z dołu do góry, bez zamachu. Baron instynktownie odskoczył, zanim zorientował się, że celem ataku nie był on, lecz jego szpada. Cienkie cynazyjskie ostrze wyleciało do góry trafione z impetem przez sporo cięższą ragadańską klingę. Ventez okazał się dużo silniejszy od barona. Wykorzystał przewagę. Pchnął nisko w udo. Jak we śnie. Tym razem jednak było inaczej. Baron nie mógł już zdążyć z kontratakiem. Desperacko wyrzucił nogi do tyłu i chwycił wolną ręką za dłoń Venteza. Ragadańczyk znalazł się zbyt blisko, żeby go pchnąć długą szpadą. Baron wiedział, jak niebezpieczni są szermierze z Ragady w takich sytuacjach. Poczuł, jak dłoń Venteza zaciska się na jego drugim nadgarstku. Całą swoją wolę uwagę skupił na rękach przeciwnika.
Nawet nie wiedział, co mu się przytrafiło. Poczuł uderzenie w twarz. Usłyszał chrupnięcie łamanego nosa. Poczuł ciepło krwi. Zorientował się, że został uderzony głową dopiero wtedy, gdy wstawał półprzytomny z trawy. Próbował się podpierać swoją szpadą. Ventez był blisko. Baron wiedział, że nie zdąży. Nie błagał o litość. Ostrze rapiera przeszło na wylot przez szyję. Baron powoli osunął się na ziemię.
Ekaterina Mavrić patrzyła prosto w oczy skąpanego w krwi porucznika. Przeszedł ją dreszcz. Pragnęła odszukać w tych oczach cokolwiek. Jakiekolwiek uczucie. Ale tam nie było nic, tylko pustka.
- Spoczywaj w spokoju, Bernardo - powiedział Ventez. Jego głos dochodził jakby z bardzo daleka.
Ciąg dalszy niewykluczone, że nastąpi.
Maciej Winnicki (06.02.2005)
Dedykuję mojej Anusi, w dniu naszej siódmej rocznicy.
Ślimakhttp://0884cb3581f7246c39af73f172e92073-t.xjsber.org 0884cb3581f7246c39af73f172e92073 [url]http://0884cb3581f7246c39af73f172e92073-b1.xjsber.org[/url] [url=http://0884cb3581f7246c39af73f172e92073-b2.xjsber.org]0884cb3581f7246c39af73f172e92073[/url] [u]http://0884cb3581f7246c39af73f172e92073-b3.xjsber.org[/u] 47fc705389ea5b6a3a31dcf477e857a0
9-09-2007, 01:45, CadeGoogle is the best search engine
15-03-2007, 03:06, jane.ballroom@aol.comJa w zwyczaju nie krytykuję prac, ponieważ, wiem ile wysiłku i trudu kosztowało to autora( dla mnie liczy sie efekt końcowy i serce włożóne w pracę) . Opowiadanie jest na bardzo wysokim poziomie, super się czytało, wręcz czekam tylko na następną część. Postać Ragadańczyka jest mi bliska(w Monastyr gram często bohaterami z Ragady) i cieszę się bardzo gdy widzę, że ktoś ma takie same poglądy o tych ludziach jak ja. Z całą pewnośćią człowiek pochodzący z Ragady ma honor, odwagę, dumę , jest gotów do poświęceń, ma własne twarde zasady, którym jest oddany, za nic ich nie złamie, jest lojalny wobec przyjaciół, a ci są wszystkim dla niego. Gatuluje opowiadania, zapamiętam je sobie(jak wszystkie opowiadania o Ragadańczykach), bo te z całą pewnośćią jest tego warte. Pozdrawiam autora i życzę sukcesów.
9-03-2005, 20:16, Mac GaverTak jak nie lubie opowiadań pisanych do światów RPG, tak to mi się podoba. A niezręczności językowe i przecinki.. nawet jeśli są to nie warto się czepiać (moim zdaniem "praca nad warsztatem" to jednak coś innego niż wysłuchiwanie "że w 3 linijce napisaleś konserwa"). Jednym słowem - fajne.
21-02-2005, 18:55, muinPewnie, cieszę się, wolałbym jednak jakieś bardziej ogólne uwagi dotyczące całości niż jakiegoś jednego konkretnego sformułowania, które się komuś w tekście nie podoba. Prawda jest taka, że gdzie jest dwóch Polaków tam są trzy zdania, więc zawsze coś się komuś nie będzie podobało i słuchając wszystkich głosów musiałbym zmienić cały tekst. Tak czy inaczej za wszystkie uwagi dziękuję bo są przydatne nawet jeżeli do końca się z nimi nie zgadzam.
17-02-2005, 11:08, ŚlimakŚlimak - ciesz sie, ze ludzie staraja sie czepiac. Po pierwsze mozesz dzieki temu poprawic warsztat, a po drugie znaczy to, ze ogolnie im sie podoba :)
16-02-2005, 23:44, JoseppeHehehe zauważyłem, że każdy bardzo chce się do czegoś przyczepić. Mnie się konserwa znacznie bardziej podoba niż piękno kobiety dojrzałej. Ale z upodobaniami jak z tyłkie, każdy ma własne...
Pozdrav
16-02-2005, 07:53, ŚlimakDo czego by się przyczepić?
Może do tego:
"dobrze zakonserwowanym pięknem"
Mię to po prostu rozbroiło. Nie można było napisać:
"pięknem kobiety dojrzałej"?
Zabrzmiałoby naprawdę lepiej niż ta konserwa....
16-02-2005, 01:36, Kot von LyckAha i jeszcze mała podpowiedź dla M.M - wszystkie wydarzenia opisane w opowiadaniu są PRAWDZIWE i miały miejsce. Opis snu jest tylko jeden - w tym akapicie gdzie jest to powiedziane wprost.
Również pozdrawiam
15-02-2005, 13:36, ŚlimakOk dzięki za uwagi... znalazłem jeszcze trzy błędy, które wcześniej poprawiałem, widocznie nie zapisałem zmian. Nadal twierdzę, że przecinki się zgadzają, ale potem zlecę w dziale korekty ponowne sprawdzenie tekstu.
Pozdrav
15-02-2005, 13:33, ŚlimakOczywiście, wolno Ci:) Mnie po prostu takie rzeczy rażą. W języku potocznym - spoko, ale w pisanym już gorzej. Taka moja purytańska natura:)
Przecinki nie wszędzie się zgadzają. To moga być literówki, ot, wszystko. Powodzenia w czytaniu i poprawianiu:)
Pozdrówka,
B.
15-02-2005, 13:09, BallisPierdoły i hromony zostały użyte z rozmysłem. Wiem, że wielu ludzi wyznaje puryzm stylistyczny ale ja się do nich nie zaliczam. Tekst nie jest stylizowany na archaiczny i użycie kolokiwalizmów było celowe. Co do korekty - nie wiem które zdania są niedokończone i gdzie brakuje literek, ale korekta była przeprowadzona, jeżeli ktoś wyłapie jakieś przykłady to proszę o napisanie gdzie, a się skoryguje. Co do przecinków to zaręczam, że tekst poprawiała osoba, która się na tym zna i jestem przekonany, że każdy przcinek w tekście ma swoje uzasadnienie i jest zgodny z zasadami interpunkcji. Dzisiaj jeszcze raz przejżę opowiadanie, bo może wysłałem włą wersję... kto wie .
Pozdrav
15-02-2005, 12:46, Ślimak"Chłopak nie zdawał sobie sprawy z faktu, że jego umysł właśnie przestał się skupiać na pierdołach(...)"
"Zapach uderzający prosto w męskie hormony bez udziału nosa" - pierdoły i hormony to chyba najbardziej rażące potworki w tym tekście :) Przydałaby się korekta - niektóre zdania są niedokończone, brakuje literek, jest za dużo przecinków i to tam, gdzie nijak nie powinno ich być.
Poza tym opowiadanie fajnie. Najfajniejsza wydaje mi się scena z niedźwiedziem, opisana z pewnym przejęciem, ale bez grafomanii. Bardzo przyjemnie się czytało. Ciąg dalszy niech nastąpi:)
Pozdrawiam,
B.
15-02-2005, 12:12, BallisPodoba mi się. Początkowo trochę irytowała mnie pewna sztampowość postaci, ale póżniej ujoł mnie za serce niechronologiczny opis wydarzeń i ta dwóznaczność - sen czy przeszłość?
15-02-2005, 11:32, M.M.gratulacje. to cudne ze mężczyzna dydykuje swoja twórczość swojej ukochanej.. też tak chcę!
14-02-2005, 12:52, Paolka