"Lepiej umrzeć stojąc, niż żyć na kolanach."
-- Dagobert dor Gallar, Doryjczyk - słowa wypowiedziane 13 września 1553 roku przed bitwą na Słonych Równinach, po której Dawny Dor ostatecznie stał się prowincją Kordu

Ian

Ognie na blankach dopalały się. W ich czerwonym blasku małe oddziały krzątających się po pobojowisku żołnierzy wyglądały jak upiory zrodzone z cieni. Odbierali pokonanym broń i zbroje. Pokonani byli niemal identyczni jak zwycięzcy, tak to bywa z wojnami domowymi....
Pomoc dla twierdzy nadeszła w sama porę. Kiedy napastnicy wdarli się na mury, pojawiła się kawaleria, bardzo szybko niedoszli zwycięzcy legli jeden po drugim...

Ian Ardanis patrzył na tę gorączkową krzątaninę, na to, co zostało z murów obronnych. Od 15 lat był żołnierzem, a jednak do tej pory nie przyzwyczaił się do widoku setek poległych. Być może, dlatego został artylerzystą, żeby być z daleka od bitwy. Za sobą usłyszał kroki. Nie musiał się oglądać, znał je doskonale - to byli Sean i Patrik, jego bracia. Dwóch bliźniaków było zupełnie jak jedna osoba, nawet ich ruchy były identyczne. Stali przez chwile w milczeniu patrząc na pobojowisko. W zadumie Sean zapytał:

-I co teraz, brat? To koniec tego miejsca, jest zbyt zniszczone żeby dalej utrzymywać tu garnizon.
- Nasz kontrakt skończył się tydzień temu - Patrik dodał szeptem - (nigdy nie mówił inaczej a w większym gronie nie odzywał się w ogóle).
- Zaciągniemy się na kolejny czas, co Ian?
- Ile nie byliśmy w domu chłopaki?
- 4 lata 2 miesiące i 3 dni. - wyrecytował szeptem Patrik.
- Kawał czasu!
- Tak...
- Dobra zbierać się czas odwiedzić starte kąty, i przypomnieć sobie jak wygląda rodzina - rzucił Ian.

Oficer Ragadyjski niechętnie zezwolił im na odejście. Byli dobrymi żołnierzami, a takich w tej przeklętej wojnie było coraz mniej. Teraz patrzył jak oddalają się powoli, posłał za nimi Błogosławieństwo Jedynego, a następnie wrócił do zajęć.

Ian rozparł się w siodle, jego myśli pobiegły w przeszłość. Odkąd pamiętał była tam wojna, walczył w 23 bitwach podczas 4 kampanii. Wojna wypełniła mu 15 lat życia. Mimo swoich 34 lat wyglądał bardzo młodo, zahartowane w bitwach ciało było silne, ale jednak lata zmagań z losem odcisnęły na nim swoje piętno. Na całym ciele było znać "pamiątki" z wojen: brak trzech palców - wybuch działa, gdy służył jako najemnik w Ragadzie, oko wybiła mu kula z muszkietu podczas tłumienia powstania w Bardanii, potem kolano - mimowolnie pogładził je - czasem dawało o sobie znać ostrym bólem, to ślad po zaklęciu maga podczas walk na Agaryjskim froncie... Te i wiele innych pamiątek sprawiły, że zdecydował się wrócić do domu we wschodniej Agarii, nie wiedział, co tam zastanie, myśli powędrowały jeszcze w wstecz do czasu, kiedy opuszczał dom.

Ian i jego przyjaciel Konrad robili wszystko razem od dzieciństwa i pokochali także tę samą kobietę. Na wspomnienie Bianki uśmiechnął się mimowolnie - drobna dziewczyna o czarnych oczach i aksamitnych włosach... Dziwne, że po tylu latach uczucia jeszcze nie zgasły... Być może wybrałaby jego, gdyby jak każdy szlachcic z Agarii nie musiał odsłużyć w wojsku swoich 5 lat. Pojechał, a ona nie czekała, wyszła za Konrada, nic w tym zresztą dziwnego - po tym jak oberwał w głowę wszyscy myśleli, że umrze. Nawet powiadomiono o jego śmierci rodzinę, jak to mawia się w Agarii "bliscy odchodzą a życie toczy się nadal" Po powrocie zastał Biankę z córeczka na ręku... żonę jego przyjaciela. Nigdy nie potrafił zazdrościć i teraz także nie zazdrościł Konradowi, aż do tamtej nocy. Obudził go hałas w stodole. Niezwłocznie poszedł to sprawdzić. To, co zobaczył przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Konrad zabawiał się z jakąś "damą" - zdradzał swoja żonę, kobietę, która była dla Iana całym światem, ucieleśnieniem marzeń.... Zadziałał instynktownie, powiedziano wiele ostrych słów, a potem poszły w ruch pięści, i zostawił Konrada ze złamanym nosem. Następnego dnia wyjechał, nie wiedział jak spojrzeć w oczy Biance, nie chciał żeby cierpiała, i nie chciał tłumaczyć, dlaczego pobił jej męża, nie chciał o tym myśleć, więc uciekł, uciekł na kolejna wojnę....

Teraz wracał, twarze w jego pamięci zbladły, nie pamiętał już Konrada, nie czuł nienawiści, jedyny jasny obraz to Bianka, jej oczy, uśmiech....

Z zadumy wyrwał go głos Seana:
- Ian pamiętasz jak wyjechaliśmy?
- Jak mógłbym zapomnieć dogoniliście mnie koło Allecto, i zmusiliście, żebym zabrał ze sobą
- No, nie tak zupełnie zmusiliśmy...
- To jak nazwiesz ultimatum "albo nas zabierzesz i będziemy razem albo i tak się zaciągniemy"? Z dwojga złego wolałem mieć wasz na oku.
- I co żałowałeś kiedyś?

Ian przypomniał sobie wszystkie te chwile, kiedy błagał Jedynego żeby zesłał huragan, który zabierze bliźniaków gdzieś daleko. Uśmiechnął się lekko.

- Nieee, nigdy! - Cała trójka wybuchła śmiechem

Zaczęli wspominać wszystkie te sytuacje, które sprawiają ze ludzie staja się jednym, które hartują przyjaźń i wyciskają łzy mieszane ze śmiechem - a właśnie podczas bitew jest ich zawsze najwięcej!

Stary Jaksa przetarł oczy. Tak, zdecydowanie na drodze było trzech konnych. Uśmiechnął się pod wąsem - wiec dziś jednak coś zarobi.. Pomyślał o schowanych po drugiej stronie drogi synach i wnukach, dwóch prawnuków czatowało z pradziadem po prawej stronie. Stary zapobiegawczo zdzielił ich po głowach...

- Cisza huncwoty nie chichotać, bo mi panów ślachetnych wystraszycie i nie dorzucą się nam na miskę strawy!

Ian z radością wciągnął powietrze, zapach sosen zawsze kojarzył mu się z domem, ale tym razem to byłe "te" sosny, a dzień drogi stąd był jego dom! Zamyślił się znowu... Nagle huknął strzał, kapelusz Iana poszybował w powietrze!

- Stać! Bo drugim strzałem zdmuchnę ci głowę, a nie czapkę!

Trzech jeźdźców znieruchomiało, potem zaczęli się niepewnie rozglądać, zdecydowanie dookoła nich rozstawiło się w gęstym podszycie przynajmniej 7 osób...

- Dawać mieszki huncwoty!"- zabrzmiało groźnie z gąszczu po prawej stronie drogi.

Ian stłumił wybuch śmiechu.

- Jaksa, dziadu jeden! Nie wstyd ci po gościńcach rabować?!

Przez chwilę nastała cisza, a potem krzaki zaczęły się poruszać i wygramoliło się z nich coś na kształt niedźwiedzia, wielki, przygarbiony człek w futrzanej szubie i z muszkietem w ręku, o siwych włosach i brodzie. Popatrzył na przybyłych.

- Na chwałę Jedynego, toż to pan Ian, ale się pan zmienił aż nie poznaliśmy!

Poczym odwrócił się i zawołał gromko w stronę lasu:

- Wyłazić z krzaków huncwoty i dobrodziejowi się pokłonić!

Ian musiał przyznać, że mimo swoich 73 lat Jaksa głos miał nadal donośny! Z zarośli dookoła drogi wysypały się 4 pokolenia Jaksowych potomków. Od ostatniej wizyty żołnierza trochę tego przybyło....

- Pokłonić głowy panu dobrodziejowi, huncwoty, jemu wdzięczność winniście, że na świecie jesteście, bo to on rodzicowi waszemu życie zratował!

Cała gromada pościągała kapelusze i popatrzyła na Iana niemal z nabożną czcią, a on trochę skrępowany ich wzrokiem cofnął się. Pamiętał, jak to było. Poznał Jaksę jeszcze jako dziecko, podczas jednej ze swoich wędrówek po lesie. Tego dnia odszedł trochę za daleko od dworku i zabłądził. Trafił na starego rozbójnika, a właściwie ten trafił na niego, gdy 7 letni Ian rozpaczał nad swoją sytuacją. Tak zaczęła się ich przyjaźń, od tego czasu Ian wymykał się zawsze jak tylko była okazja na spotkanie z Jaksą, a ten nauczył go jak przeżyć w lesie, i jak stać się niewidocznym w gęstwinie, pokazał jak polować i zaszczepił miłość do leśnych ostępów. To dzięki rozbójnikowi Ian pokochał i zrozumiał las, więc kiedy stary rozbójnik został złapany na kłusownictwie i miał zostać powieszony, Ian przekupił kata żeby podciął linę. Zgodnie ze zwyczajem, jeśli urwie się lina więzień zostaje ułaskawiony... Od tego czasu stary Jaksa uparł się, że ma wobec niego dług... Zaczął się trzymać bliżej Iana a po jakimś czasie pojął za żonę ochmistrzynię Halszkę, i stał się prawie rodziną, gdyż ochmistrzyni była Ianowi jak matka.

- Nie wygłupiaj się Jaksa! Zawsze byłeś mi przyjacielem albo i ojcem! Nie mówmy o tym więcej, lepiej powiedz mi, co w domu, jak tam ma się Konrad i... Bianka, jak gospodarka?

- Oj panie miły, długo by opowiadać i nie wiem, od czego zacząć...
- Od początku Jaksa od momentu, kiedy wyjechałem.
- Wiela się zmieniło - syny moje doczekały się synów, Halszka co dzień za panem bogosławienstwo słała...
- Podziękuję jej osobiście!
- No nie wiem panie, dwie wiosny temu do Jedynego poszła i czeka na mnie. Jak i mnie przyjdzie gnaty złożyć to się spotkamy, wtedy przekażę podziękowania, a tam w niebie ona pewnie nadal za nami się u Jedynego wstawia...
- Halszka nie żyje...
- Nie trapcie się, jej czas przyszedł. 74 wiosny to słuszny wiek a i gromady wnuków żeśmy się dochowali, wiec odchodząc szczęśliwa była, myśmy ją już opłakali i sakramenta spełnili. Nie czas na żałobę.

Jechali chwilę w milczeniu dopóki stary nie podjął znowu opowieści:
- Po pana wyjeździe Konrad postanowił dworek na gospodę z zajazdem przerobić i udało mu się. Nawet się wzbogacił, więc z wielkimi pany zaczął przestawać. Dziwowali się ludziska, bo mnóstwo pieniądzów zawsze wydawał, ale zajazd także zawsze ludny i na szlaku kupieckim stoi.

Stary kaszlnął.

- Pewnej nocy rwetes się zrobił okropny, pobiegłem zaraz zobaczyć, co się działo. Jakiś szlachcic okropnie kłócił się z Konradem, panie, to dopiero była kłótnia! Szlachcic ten złapał Konrada ze swoja małżonka i chciał pojedynku! Konrad nie był ułomek i żeby zaimponować tamtej pudernicy, przystał chętnie! Rano mieli się ciąć, Konrad puszył się jak paw, a mnie najbardziej szkoda Bianki było. Dla niej świat się zawalił, a on nawet z nią nie porozmawiał, po prostu poszedł... Nie był to człek dobry, więc Halszka ją przygarnęła i jakoś ukoiła, ale ciężko było. Wiesz panie, ze u pani Banki ragadyjska krew i duma... Bardzo to przeżyła, tym bardziej, że następnego dnia szlachciura ów pociął Konrada tak niemiłosiernie, że w trzy dnie zmarło mu się...

Ian jechał w milczeniu, z twarzy odpłynęła mu cała krew, patrzył tylko przed siebie, chciał współczuć Konradowi, ale z sercu znalazł jedynie nienawiść... Tym czasem Jaksa kontynuował:
- Jakiś tydzień po jego śmierci następne nieszczęście spadło na biedna panią. Zjawił się posłaniec hrabiowski by się o długi upomnieć!
- Jakie długi?! - prawie krzyknął Ian.
- A widzisz jaśnie panie, tu wyszedł królik z nory. Konrad żeby szlachcie się pokazać, pożyczał pieniądze jak jego mieszka nie starczało! Pani Bianka myślała, że tułać jej się przyjdzie, bo dorobek zabiorą, ale stary Fulko poratował...
- Tak pamiętam go, córkę mu od zbójów ratowałem - wtrącił Ian - ale on nigdy nie miał długów wobec Bianki... Ale jak zdołaliście zastawić tereny, których ja jestem współwłaścicielem?

Jaksa spojrzał pod nogi.

- Ja go prosiłem w twoim imieniu, więc pożyczył pieniądze, bez procentu... Nie miej za złe panie...
- Za złe?! Jaksa ja ci się do końca życia nie odwdzięczę jesteś przyjacielem prawdziwym i wiernym!

Twarz starego wykrzywił uśmiech.

Ian powoli zobaczył zabudowania wyłaniające się zza równej linii lasu, i zarys dworku, dworku, który tyle miejsca zajmował w jego sercu. Domki z białej cegły, pięły się w górę, a budynki gospodarcze postawiono z bielonego dębowego drewna. Ianem targały sprzeczne uczucia, nie wiedział, co robić. Budynki były te same, ale ludzie się zmienili jedni odeszli a inni... Przed oczyma ujrzał roześmianą twarz Bianki..

Pani Bianka Ravejn była piękną kobietą, z tych drobnych kobiet, po których nie znać upływu czasu. Gęste, popielate włosy zdobiła przepaska z jedwabiu w zielonym kolorze, prosta suknia opinała smukłe ramiona, delikatne piersi i kształtną kibić. Czarnymi oczyma odprowadziła ostatnich podróżnych, którzy udali się na spoczynek, potem poszła na górę, do pokoju córki - Lenki. Mała miała 6 lat i była niespokojnym duchem. Teraz spała, matka przykryła ją kocem i zeszła na dół. Zawsze pomagała służbie w sprzątaniu po gościach, w obecnej sytuacji każda para rąk była na wagę złota... Drzwi wejściowe otworzyły się. Stanęło w nich trzech mężczyzn. Nie od razu ich poznała. Pierwszy - wysoki i dość barczysty wydawał się znajomy, prosta twarz pokryta kilkudniowym zarostem, przepaska zakrywająca oko, i blizna na policzku, śniada cera i jasne włosy... Dwóch pozostałych wbijało w nią spojrzenia takich samych oczu na identycznych twarzach.

- Ian, bliźniacy! - prawie krzyknęła.

Podeszła szybko w ich kierunku i uściskała obydwu bliźniaków. W momencie, kiedy podeszła do Iana, cofnął się...

Jej widok obudził w nim wszystkie wspomnienia, które skrywał tyle lat. Uczucia, jakie starał się zadeptać teraz rosły, nie śmiał jej objąć. Patrząc jej w oczy, ucałował jej dłoń, tak jak wedle zwyczaju witało się damy... A uśmiech, jakim go przywitała sprawił, że mimo wieczornej pory zrobiło mu się gorąco.

- Usiądźcie proszę! Zaraz każę podać wieczerzę! Katia, Rinni przygotujcie stół! Siadajcie i opowiadajcie, co się u was działo, Ian jak mogłeś wyjechać tak bez słowa....

Rozmawiali i wspominali prawie do rana, a kiedy zmęczenie wreszcie zmogło bliźniaków i udali się na spoczynek, Bianka nalała jeszcze wina.

- Wiesz Ian, u nas tak ze dużo się zmieniło...
- Wiem. Po drodze spotkałem Jaksę, wszystko mi odpowiedział. Teraz jest u siebie, upolowali sarnę i udali się ją sprawić..."

Przez chwile milczał a potem wykrztusił:
- Przykro mi z powodu tego, co cię spotkało...

Uśmiechnęła się smutno a potem zmarszczyła brwi. Trzeba było przyrżnąć mu wtedy mocniej, może by mu się w tym łbie przestawiło! Ian zakrztusił się winem...

- To wiesz, co się stało?
- Wiem! Wtedy widziała was Halszka, opowiedziała mi wszystko! Dlaczego wtedy ze mną nie rozmawiałeś, przecież zawsze świetnie się dogadywaliśmy, być może potoczyłoby się to inaczej, być może ta świnia nie zniszczyłaby mi życia... Cholera, Ian niech cię diabli..."
- Bianko... Nie chciałem zniszczyć ci życia...
- Wiem, że nie chciałeś, ale wyszło jak wyszło! Najpierw wyjeżdżasz, żeby odbyć służbę, a wraca wiadomość ze zginąłeś! Co miałam robić? Czekałam, ale ile można? Ojciec kazał za Konrada, a ten okazał się... Zresztą wiesz! Potem wracasz i za parę dni znikasz z znowu! Mogłeś, chociaż się pożegnać!
- Bianko..
- Cisza! Co ty sobie w ogóle myślisz?.. Że wolno ci pojawiać się i znikać dowolnie szargając moje uczucia?
- Ale...
- Cisza! Myślisz, że co ja czułam, jak dostałam wiadomość o twojej śmierci? A potem pojawiasz się znowu, a ja muszę tłumić wszystkie uczucia, bo udaję szczęśliwą małżonkę! A ty bijesz mego męża i zamiast porozmawiać, znowu znikasz?! Myślisz, że jak ja się czułam, gdy Halszka opowiedziała mi, dlaczego go pobiłeś? Dlaczego? Dlaczego wtedy odjechałeś?
- Bo..., bo ja chciałem żebyś była szczęśliwa, ja nie wiedziałem..... Bianko ja....

Włosy kobiety rozwiały się w gniewie, pierś falowała szybko, niesforne kosmyki włosów opadały spod przepaski na czoło. Ian mógł myśleć tylko o jednym, o tym, że była piękna... Przełknął ślinę i wyksztusił:
- Kocham cię...
- I ja ciebie!
- Co?
- Mam tylko nadzieje ze nie będziesz musiał przemyśleć tego wyznania przez kilka lat na jakiejś wojnie!
- Bianko...
- Hmm?
- Czy dasz mi szanse?
- Zanim się zaczniesz oświadczać wiedz, że ta pani nie ma posagu, a nawet tonie w długach po same uszy...
- Ta pani ma najwspanialszy posag: silny charakter i nieskończone piękno oblicza! Poza tym w drodze do ciebie odwiedziłem Falko i spłaciłem wszystkie długi. Na wojnie przez tyle lat można się dorobić..
- Ian... Ja nie wiem, co powiedzieć.. Ja...
- To nic nie mów... Bianko?
- Tak?
- Zatańczymy, jak kiedyś, kiedy byliśmy młodzi?
- Hmm..
- A pamiętasz jak tamte tańce się skończyły? Wtedy pod jesionem?
- Prawie zapomniałem...
- Marną masz pamięć. Więc będę musiała ci ją odświeżyć!

Na piętrze bliźniacy prawie śpiąc uśmiechnęli się do siebie.
- Wreszcie - powiedział Sean.
- Ta, teraz może będzie trochę spokoju...
- Ciekawe, co by zrobił, jakby się dowiedział, że to Bianka prosiła, byśmy za nim pojechali i sprowadzili go całego!

Patrik uśmiechnął się do Seana.
- Ale się nie dowie.
- Nie, nie dowie się.
Wojtek

Komentarze

Bardzo mi sie podobalo, nareszcie cos optymistycznego!

29-12-2004, 13:29, Rudi

Ciekawy tekst, przyjemnie się go czytało :)

28-12-2004, 11:44, Nadiv

Dodaj swój komentarz

Twoje imię i nazwisko:
Twój e-mail:
Treść: