To był jesienny wieczór... Długie gałęzie drzew szumiały jeszcze resztkami liści, ubrane w czerwono-żółtą plątaninę jak w jakieś dziwaczne łachmany. Odległe światła posesji miejskich rozpływały się w zimnym powietrzu, migotały. Wyjący wiatr i ciężkie, ołowiane chmury dodawały tylko krajobrazowi atmosfery ulotnej nieziemskości. Hrabia de Krautz patrzył przez szyby swojego pałacu na rozciągający się przed nim widok. Cóż się stało z tym krajem, krajem jego dzieciństwa? Kiedy czterdzieści lat temu wstępował do królewskiej służby widział oczami wyobraźni, jak wojska pod jego komendą ostatecznie przywracają tej ziemi spokój. Nadzieja ożywiała go i motywowała do wysiłku, ale z każdym dniem, z każdym rokiem, jego nadzieje słabły wraz z jego ciałem. Ile jeszcze czasu? Ile to potrwa? Wiara w rozsądek króla również słabła. Egzekucje, czystki, eliminacja przeciwników politycznych... To tylko zaostrzało konflikt. No i jeszcze papiescy...
Błyskawica.
Z zamyślenia wyrwał go hałas na dole. Westchnął. To nie pierwszy raz kucharka z przerażenia upuściła garnek. Coraz trudniej o dobrą służbę... Z rozrzewnieniem przypomniał sobie dni w służbie na froncie. Tam nikt nie przejmował się takimi rzeczami. Rześkie powietrze, koń pod tobą, miecz w ręku... Kto wtedy myślał o polityce?
Dudnienie kropli na szybie.
Hałas powtórzył się. Hrabia zmarszczył brwi. To nie przypadek. Ręka odruchowo opadła na rękojeść rapiera... Zaraz, gdzież to podział się rapier? Ach, wisi przecież na poręczy krzesła. W tych niespokojnych czasach nawet we własnym domu lepiej mieć broń pod ręką...
Wyszedł pewnym krokiem z gabinetu.
Było ich czterech. Czterech wyrostków, w wieku może około dwunastu lat. Wyrostków z gałązkami sterczącymi z różnych części ubrania, przemoczonych od deszczu, umazanych błotem. I krwią.
- Śmierć zdrajcom! - krzyknął pierwszy, chłopiec o blond włosach i twarzy cherubinka, iście jak z obrazka, teraz wykrzywionej w grymasie nienawiści i poczernionej sadzą. Głos wskazywał, że jeszcze bardzo daleko mu do sypnięcia się pierwszego wąsa.
Hrabia zdębiał. Dzieci? Miał walczyć z dziećmi? Czyżby Markalianie posunęli się już do tego? Otrząsnął się z zaskoczenia. Rapier w dłoni drgnął. Chwila wahania była jednak zbyt długa. Chłopcy już go otoczyli. Zadziwiająco silne dłonie pochwyciły go. Próbował się szarpać, walczyć. Wpadli do pokoju. Dzieci były jak zawzięte, zaszczute psy. Dźgały krótkimi nożami, gryzły, kopały. Popchnięty masą nacierających hrabia nadal nie mógł w to uwierzyć. To nie mogło się dziać...
Brzęk szkła. Chłodne krople na twarzy, świst wiatru w uszach. I łoskot spadającego ciała. Jego ciała. Smak krwi w ustach.
Powietrze. Powietrze znowu znalazło drogę do płuc. Jeszcze żyję.
- Stary jeszcze żyje. Jest twój, Daniel. - przywódca popatrzył na najmłodszego z grupy. - Spisz się. Twój ojciec na ciebie liczy.
Chłopak zbiegał skacząc po kilka stopni, ślizgając się na krwi pokojówki, która patrzyła na niego oczami pełnymi przerażenia, ale juz zasnutymi mgłą...
Hrabia spróbował się poruszyć. Niedobrze. Ból nie nadchodził. Słyszał, że to bardzo źle. Palce u prawej ręki były jak martwe. Jedna noga zgięła się pod dziwnym kątem. Ruch. Ktoś nadchodzi. Pomoc? Gorączkowe myśli nie dawały spokoju, nadzieja mało realna, a jednak tak boleśnie namacalna... Chłopiec. Może jedenastoletni.
- Chłopcze, posłuchaj... - wychrypiał hrabia. I urwał. To jeden z nich. Podchodził powoli, płynnymi krokami. Mały chłopiec, dziecko... jego kat. Widać to w jego oczach. Zimnych, rybich, bezlitosnych. Hrabia wzdrygnął się. Nawet deviria które widział miały w sobie więcej uczuć... były bardziej...
Błysk noża. Wilhelmino, idę...
Chłopak spojrzał w stronę zbliżających się świateł. Ludzie krzykiem dawali sobie znaki, w zacinającym deszczu nie było nic widać. Spojrzał beznamiętnie na krew kapiącą z ostrza, na twarz martwego siedemdziesięciolatka. Odwrócił się i zwinnie, jak zwierzę, ukrył wśród drzew.
*******
Dwór królewski zawsze był pełen ruchu i życia. Nawet w tak niespokojnym kraju jak Ragada, o politykę trzeba było zadbać, ambasadorów podjąć, pokazać, że tym krajem ktoś jednak rządzi. Choćby i reszta świata wiedziała, że jest inaczej...
Dworzanie przechadzali się, udając, że są w normalnym państwie, że na zewnątrz tych murów nie leje się krew jak woda z ujścia Balingen. Rozmawiali, snując drobne sieci intryg, oplatając nimi dwór i króla. Miękkie dywany deptane miękkimi stopami, arcydzieła rodiańskiej sztuki nadszarpnięte zębem czasu, zapomniane, zakurzone w kątach. Gorąco, mimo zimnych kamiennych murów. W takim gwarze, w takim pełnym napięcia oczekiwaniu, wśród fałszywych uśmiechów i równie fałszywych obietnic, nikt nie pamiętał o nastolatku o ponurej twarzy, stojącym w nawie korytarza. Chłopak patrzył jak trzech mężczyzn, w tym jeden w stroju wybitnie świadczącym o zamiłowaniu do cynazyjskiej elegancji, wymienia z pozoru nic nieznaczące uwagi, jednocześnie strzelając dyskretnie oczami w poszukiwaniu podsłuchujących. Nie widzieli go. I dobrze.
- Ten wysoki to la Manaq, ambasador Cynazji. Zapamiętaj go dobrze. Przyjechał tu w jakichś ciemnych interesach. Musimy się dowiedzieć w jakich. - mężczyzna stojący za chłopcem położył mu dłoń na ramieniu. Nastolatek drgnął.
- Ja... ja... - "Opanuj się, do diabła!" - Ja wiem, po co. - Powiedział już pewnym głosem.
- Doprawdy? - brwi uniesione w grymasie niedowierzania spowodowały pojawienie się na czole głębokich bruzd.
- Ten brunet, z blizną, obok niego, to baron Frayess. Należy do ruchu markalian. Wczoraj był "Pod Sową" by spotkać się tam z Niną Hagerwood. Ona też jest z nimi.
- To ciekawe. - oczy mężczyzny wbiły się w chłopaka. - Nie będę pytał skąd to wiesz. Ale to sprawdzę.
Oczywiście. Tak miało być. Nie zadaje się pytań protegowanym markiza Faraghetta, szczególnie gdy wypowiada się on o nich tak dobrze. Wychodzi na to, że ten młodzieniec był jednak kimś więcej, niż można się było spodziewać... Zresztą, nie był raczej w typie markiza. Zbyt pospolita twarz... Mężczyzna oddalił się tak samo niezauważenie, jak się pojawił.
Chłopak patrzył. Po odpowiednio długiej chwili zbliżył się do trzech rozmawiających i wyciągnął w ich stronę rękę z tacą i trzema kielichami.
Gerard la Manaq popatrzył czujnie na młodego służącego. Wszyscy zamilkli. Przyjęli napój i czekali, aż odejdzie. Oddalił się. Ambasador odruchowo przepłukał usta przed wypiciem.
- Czy coś się stało, Wasza Ekscelencjo? - zapytał Frayess.
- Nie, oczywiście, że nie.
- Powróćmy do rozmowy. Zdaje się, że ten pański kompan...
Ambasador obejrzał się jeszcze raz. Coś było nie w porządku z tym służącym. A może na starość stawał się po prostu przewrażliwiony? Z wystudiowaną obojętnością na twarzy odwrócił się do swych rozmówców.
*******
W świetle pełgającego w kominku ognia wszystko nabierało miękkiego, domowego ciepła. Nie tylko niedźwiedzie futro, obite skórą fotele, freski na ścianach przedstawiające obrazy zamierzchłej przeszłości, a nawet pyszne płótno pędzla samego Hereniego. A jednak Daniel nie czuł się tu komfortowo. Jądrem jego niepokoju był siedzący przy masywnym, dębowym biurku ojciec.
- Dobrze. - Ojciec nigdy nie włożył w wypowiedź większej porcji entuzjazmu. Tak jakby nie było go na to stać. - Baron jest już w lochu, zajmują się nim królewscy oprawcy. Wydać może tylko Gayesa, Haggard i tego głupca Staviego. Haggard wyjechała dziś do Nordii, Gayes... niefortunnie zszedł. Zatrucie nieświeżą rybą. - Ojcu zawsze dużą przyjemność sprawiało omawianie szczegółów przy synu. Wstał i przechadzał się po pokoju, lekko kulejąc. To tak, jakby musiał to wszystko tłumaczyć. Daniel nerwowo przeniósł ciężar ciała na drugą nogę. - Staviego możemy poświęcić. Nic nie wie, nikogo nie zna.
- Ale... - Ojciec w jednym momencie był przy nim. Błysk. Ból. Smak krwi z rozciętej wargi. Ojcowski sygnet nie pierwszy raz zostawiał swój ślad.
- Nigdy nie dyskutuj z moimi decyzjami! - ton głosu nie pozostawiał marginesu na sprzeciw. Chłopak zachwiał się. Nie śmiał nawet podnieść ręki, by wytrzeć spływającą z policzka krew.
- Jeszcze tu jesteś? Wynoś się i przywróć się do porządku! Czym ja zasłużyłem na takiego syna niedojdę? Zaczekaj. Jutro spotykasz się z markizem. Dowiedz się nazwiska człowieka odpowiedzialnego za nasze straty w Willimore.
- Nie zawiodę cię, ojcze - tylko szept. Ojciec już nie słyszy. Wchodzący starszy brat, Anton, absorbuje jego uwagę. Anton, który nigdy ojca nie zawiódł. Tak jak ja. Co robię źle?
********
Nienawidził wizyt u markiza Faraghetta. Zawsze czuł się po nich, jakby co najmniej miesiąc się nie mył. Próbował nie zwracać uwagi na to, co robił markiz, na jego oślizgły dotyk, jego nachalne pieszczoty... Ale nie mógł. Za każdym razem czuł się gorzej. Wmawiał sobie, że to dla ojca, dla kraju, dla wszystkich ludzi! Boże, jak to możliwe żeby tak wiele zależało od tego, że on!... Czuł obrzydzenie do samego siebie. Jak zawsze, snuł się po korytarzach, próbując odwlec nieuniknione. Głos. Kobiecy, śpiewny. Ledwie wyczuwalny akcent, tylko dla wprawnego ucha. Jaki? Zachodził w głowę. I wtedy wyszedł zza rogu.
- O, kawaler van Reugen! Pozwól tu proszę - głos markiza był pełen naturalnego ciepła. Daniel wzdrygnął się. Zbytnio kojarzyło mu się to z sytuacjami, gdy głos markiza stawał się szepczący, a gorący oddech zbliżał się do skóry młodzieńca...
- Pozwól pani, że przedstawię ci tego młodego człowieka. To kawaler van Reugen, syn mojego znakomitego przyjaciela, Ernesta van Reugen, bohatera z Tęczowych Pól. Kawalerze, masz niewątpliwy zaszczyt poznać księżną de Bonsiniac i towarzyszącą jej hrabinę de Premonet.
Młodzieniec przyjrzał się kobietom. Starsza miała na sobie pyszną wizytową suknię, świadczącą nie tylko o zamożności, ale i o dobrym smaku. Przenikliwe oczy wbijające się w Daniela zdradzały osobę o bystrym umyśle. Niebezpieczną. Spuścił na chwilę wzrok, jakby nieśmiało, podpuszczając ją. Poszła na to. A jej towarzyszka? Podniósł ukradkiem wzrok...
Zagrywki dworskie przestały mieć znaczenie. Zatonął. Jej oczy stały się nagle studnią, w którą wpadł. Potrzaskiem, z którego nie mógł się wydostać. Na moment stracił kontakt z rzeczywistością.
Na moment.
- Wybacz przyjacielu, ale nie mogę kazać damom czekać. Nasza mała... rozmowa, musi zostać nieco przesunięta. Zaczekasz, mam nadzieję.
Skinięcie głową. To jedyna reakcja, na jaką go stać. Pełne rozbawienia otaczające go spojrzenia. Weź się w garść, do diabła!
- Tak, markizie. Oczywiście zaczekam. Księżno, hrabino. Wybaczycie panie, oddalę się.
*******
Dwa pacierze bezczynności to długo. Szczególnie gdy trzewia buntują ci się, jakby miały wyskoczyć. Co to za dziwne wrażenie? Zawsze, nawet kiedy zabijał, robił to beznamiętnie. Beznamiętnie zdradzał przyjaciół, donosił, kradł, a nawet... Nie, z markizem nigdy nie mógł być do końca spokojny. Dość tego. Podniósł się i lekkimi krokami, tłumionymi przez dywany, zaczął skradać się w głąb korytarza.
*******
Kwadrans później był pod drzwiami gabinetu. Trochę pracy przy omijaniu strażników i dłubanie wytrychem w drzwiach pozwoliło mu opanować zamęt w głowie. Teraz wypadałoby się dowiedzieć o czym dyskutują goście. To mogło być ważne. Ojciec byłby zadowolony...
- Pieniądze będą w zwyczajowym miejscu, markizie. Ten sam człowiek, choć to prawdopodobnie ostatni raz. Trzeba to zmienić...
Podsłuchiwanie. Rutyna.
- Co ty tu robisz?
Podeszła go zgrabnie, profesjonalnie. Mimo to odwrócił się i sprężył. Odruch.
- I co teraz? Spłonisz się? Udasz że nic się nie stało? Pozbędziesz się mnie?
Drwiący uśmiech.
Dłonie zaciskające się w pięści. Nie, nie to. Nie teraz. Spokój.
Zrobił to, czego się akurat po nim nie spodziewała.
Skłonił się. Spojrzał jej w oczy. I wyszedł. Bez słowa.
*******
Myślał nad tym. Ta sytuacja mogła wszystko zaprzepaścić. Jak mógł być tak głupi? Trzeba było nie dać się podejść. Wymyślić coś. Przekupić dziewczynę. Zaśmiał się z własnych myśli. Ona nie była taka. Nie dałby rady nic jej zrobić. Ani przekupstwo, ani zastraszanie, ani przemoc - nic nie wchodziło w grę. To nie to, że by nie podziałało - a był pewien, że tak było - ale po prostu nie mógł tego zrobić. Nie panował nad sobą. Nie wiedział co się działo. Nie miał kontroli nad sytuacją. Jedyny, co się dzieje? Jednocześnie czuł się podle i naprawdę dobrze...
Markiz żegnał się z gośćmi. Księżna dygnęła i wyszła. Hrabina powtórzyła gest starszej damy. Spojrzała na Daniela. I wyszła. Bez słowa.
Daniel skłonił się i wyszedł, zostawiając nic nierozumiejącego markiza z niearystokratycznie półotwartymi ze zdziwienia i wzburzenia ustami.
*******
Nagana ojca i surowa kara były niczym w obliczu myśli, że być może nigdy więcej nie zobaczy młodej hrabiny. Pojechał za powozem, wiedząc, że nie pozostanie niezauważony. Było mu to dziwnie obojętne. Wszystkie poprzednie nauki jego życia nagle się ulotniły. Wystarczył moment i nagle czuł się kimś zupełnie innym, nowym.
*******
Czekała na niego. Patrzyła mu w oczy. Dopiero teraz uświadomił sobie jaka była piękna. W jej oczach była pewna surowość, która przejmowała go dreszczem i posyłała zimny powiew wzdłuż kręgosłupa.
- I co myślałeś? Że po prostu tak tu wejdziesz? I co zamierzałeś zrobić? Usiąść, porozmawiać? Czy może liczyłeś na coś więcej? Dlaczego? Nie miałeś przez przypadek zostać na noc u markiza?
Trafiła w czuły punkt. Skrzywił się. Zabolało go i wiedziała o tym. Powinna go teraz zmiażdżyć, dobić, wezwać straż i kazać wyrzucić. To byłoby odpowiednie dla kogoś kto wspina asie w nocy po winorośli i wchodzi nieproszony do pokoju damy.
Ale nie zrobiła tego.
- Usiądziesz?
*******
Pachniało różami i lawendą. Prześcieradło było jedwabne, kołdra puchowa, łoże miękkie. Nie zwracali uwagi na takie detale. Rzeczywistość zamykała się w splocie dwóch młodych ciał.
- Jestem twoją pierwszą, prawda?
- Jesteś moją pierwszą... kobietą.
Uśmiechnęła się, pogładziła go po twarzy. Po miękkim, dopiero zaczynającym wychodzić zaroście.
- Są tacy, którzy nie określiliby mnie w ten sposób. Wiesz, nawet nie próbowałeś powiedzieć mi ani jednego komplementu, nic. Jestem aż taka odpychająca?
- Czy musisz to usłyszeć?
- Czasem kobieta musi usłyszeć takie rzeczy.
Żachnął się.
- Nie jestem w tym dobry. Wiesz, że potrafię kłamać, prawić komplementy i tak dalej. Ale kojarzy mi się to z fałszem. Ty jesteś piękna. Wiesz o tym. Nie muszę tego mówić. Widzisz to w moich oczach.
- W twoich oczach widzę coś więcej.
- Tak. Dziwnie się przy tobie czuję...
- Tak prędko? - uśmiechnęła się krzywo. - O Jedyny, zakochany nastolatek, zadurzony szczeniak.
Spokojnie zniósł drwiny. Choć bolały go do głębi.
Urwała, spojrzała mu w oczy.
- Przepraszam.
*******
- Nie mogę. Po prostu nie mogę.
- Co cię tu trzyma? W tym kraju wiecznej wojny? Rodzina?
- Nic nie wiesz o mojej rodzinie! - Gniew, po raz pierwszy.
- Mylisz się, mój mały. Odrobiłam lekcje. Wiem kim jest twój ojciec.
- Mówiłem że nic nie wiesz!
Milczenie.
- Nie mogę jeszcze wyjechać. Jeszcze nie.
- A na co będziesz czekać? Aż zginiesz? A może aż nie będziesz już dłużej potrzebny? Markizowi, swojemu ojcu...
Dość. Zaczął się ubierać.
- Dokąd idziesz? Z powrotem do ojca? Acha, a ja tu zostanę jak wykorzystana i porzucona dziewka karczemna, tak? Tak o mnie myślisz?
Trzasnęła okiennica. Zaszeleściła winorośl.
Została sama ze swoimi łzami.
******
Pędził na złamanie karku. Pędził do domu, do ojca, braci, znanego pola, po którym wiedział jak się poruszać, do swojej wygodnej pozycji... pionka. Chciał zapomnieć, zapomnieć o wszystkim co się zdarzyło w ciągu tej doby, zapomnieć o dziewczynie, o swoim niepowodzeniu. Już drugi raz popełnił błąd. Błąd, błąd, błąd! Nie wolno popełniać błędów!
Dom. Nareszcie. Czekający w progu ojciec i bracia.
Uderzenie w twarz. Ostre słowa. Ból. I ponownie...
"...Sługa markiza był tu...", "...jak mogłeś mnie tak zawieść...", "...to twoja wina...", "...gdyby twoja biedna matka żyła...", "...natychmiast jedź...", "...głupcze...".
Wskoczył na konia. I odjechał.
******
Szósty miesiąc w Cynazji okazał się nieco łagodniejszy. Przyzwyczajenie do panujących tu obyczajów nie było łatwe, ale radził sobie doskonale. Fałsz i intrygi były obecne na każdym kroku, ale czy było na świecie takie miejsce, gdzie było inaczej? Tu przynajmniej nocami nie słyszało się krzyków mordowanych...
- Nadal się na mnie gniewasz za tamtą noc?
Milczenie. Wolałby cios w twarz, wybuch złości. Nic takiego nie nastąpiło. Po prostu milczała. To było torturą nie do zniesienia. Gorsze niż rzeczy, które robił przesłuchiwanym przez siebie ludziom.
Patrzył na nią. Podziwiał. Była mu droższa niż życie. Rozumiała, że dla niej porzucił to wszystko, dla niej śledził powóz księżnej przez dwa tygodnie, dla niej unikał zasadzek Bardańczyków, konał z głodu i chłodu. Dla niej wystawał pod willą, dla niej znosił życie na ulicy, dla niej praktycznie wyrzekł się szlachectwa. Dla niej.
- Kocham cię.
Odwrócił się, by odejść. Miękki głos. Jej głos.
- Zostań.
******
- Musisz wiedzieć jedno. Wiem, że będę tego żałowała, ale... nie mogę tak dłużej.
- Tak?
- My... To znaczy ja i ci ludzie. My pracujemy dla... Dla matrańskich służb, nazwijmy to, pozyskiwania informacji. Od samego początku. Od kiedy mnie poznałeś.
Cisza. Patrzył na nią nieodgadnionym wzrokiem.
- Chciałam ci powiedzieć, ale księżna... To był jej warunek. To dlatego użyła swoich wpływów, żebyś mógł zostać tu "w delegacji" dworu ragadańskiego, żebyś mógł robić tu to, co robiłeś tam. Rozumiesz? Wszystko co wiedziałeś, wszystko co mi mówiłeś... Przekazałam dalej.
- Myślę, że nie wszystko.
- Co? Och, oczywiście że nie...
- A zatem to bez znaczenia.
- Co masz na myśli?
- Przecież wiesz...
Krępująca cisza. Jak ta przed burzą, tyle że groźniejsza.
- Jest coś gorszego... Ja... Muszę wracać.
- Co?
- Do Matry.
Podniósł się. Dłonie mu drżały. Mówiła szybko.
- Wiedziałeś, że ten dzień nadejdzie. Spędziliśmy tu osiem lat. Byłam szczęśliwa, ale teraz... Muszę, po prostu muszę.
Oczekiwała teraz wyrzutów. Przecież on zostawił dla niej wszystko, opuścił ojczyznę, rodzinę, przyjaciół. Powinien rzucić jej to w twarz. Nic by to nie zmieniło, ale poczułaby się... mniej podle. W pewien sposób usprawiedliwiona.
Pocałował ją w dłoń. Delikatnie, nabożnie, z czcią.
- Jedź zatem.
Więcej nie było potrzebne. Patrzyli sobie w oczy. To od nich wszystko się zaczęło, na nich też się skończy. Uśmiechnął się.
- Znajdę cię. Możesz być pewna.
Ruszył równym krokiem przed siebie, mijając po drodze służącego, niosącego na tacy list do swej pani.
******
Następne lata były przemijającym kalejdoskopem zdarzeń, miejsc, osób... Zmieniał tożsamość, nazwisko, narodowość tyle razy, że powinien zapomnieć kim naprawdę jest. Nie zapomniał. Chciał być Danielem van Reugenem, nawet jeżeli tylko z jednego powodu. Wspomnienia powodowały ból, więc popadł ponownie w zimny profesjonalizm. Czasem patrząc w lustro odczuwał strach. Co by było, gdyby pozostał tam, w Ragadzie? Czy byłby teraz potworem, jakich widział tam niemało? Może byłby martwy? Kto wie... Ale teraz... Powoli upodabniał się znów do postaci, którą znał z powracających koszmarów. Dziecka, mordującego z zimną krwią w strugach deszczu bezbronnego starca. Najgorsze, że nie potrafił tego żałować. Dla kogo? Dla Boga, który dawno zapomniał o nim i jego ziomkach? Dla niej? Dla siebie? To było bez znaczenia. Nie mógł tego zmienić, nie mógł zapomnieć. Zatem zrobił najgorszą rzecz z możliwych. Przyzwyczaił się.
******
Nigdy w życiu nie przypuszczał, że znajdzie się w takiej sytuacji. Jak do tego doszło? Najpierw list, w którym powiedziano mu o śmierci jego młodszego brata, Viktora. I to z ręki kogo? Antona. Doskonałego Antona, prawego Antona, oczka w głowie tatusia, Antona, który zawsze był pierwszy, zawsze najlepszy. Antona, który zdradził... Pobudki były nieistotne, powód nie miał znaczenia. Anton dokonał swego wyboru. Zostawił ojca, Bóg wie, kogo wydał, skazał na tortury i egzekucję. To nie było ważne. Ważny był Viktor, zawsze cichy, spokojny, Viktor, który był jedynym przyjacielem z dzieciństwa, który nigdy nie krytykował, nie podniósł na nikogo ręki. Miał być duchownym... Spędził kilka lat w klasztorze, ale ojciec... Nie, on nie dałby żadnemu z braci zapomnieć... Jak dawno temu to było? Grób matki, przysięga, zemsta której trzeba było dopełnić... A teraz Viktor, słodki Viktor, o łagodnym głosie, który płakał po każdej potyczce w ciemnych korytarzach domów w Alldare, teraz Viktor... Złość. Gniew. Furia. Uczucia, które tłumił w sobie tak długo, teraz zdawały się rozsadzać go od środka jak proch źle nabitą armatę. Wbijał ostrogi w boki konia, nie przejmując się tym, że zajeżdża biedne zwierzę na śmierć. Myślał tylko o Antonie i swojej nienawiści, jego rodowej spuściźnie, o której tak długo ośmielił się nie pamiętać... Jakże zdumiony był kanclerz, gdy przynosząc mu list od przełożonego, zobaczył jak papier ląduje w kominku, ulatuje w smugach szarego dymu... Chciał coś powiedzieć, to pewne, ale jedno spojrzenie w oszalałe, nabrzmiałe wściekłością spojrzenie, w którym czaiła się tylko śmierć, sprawiła, że zamilkł... Tak jak kiedyś w stronę Cynazji, za powozem księżnej, tak teraz w drugą stronę gnał bez wytchnienia, na złamanie karku. Nawet zbójcy schodzili mu z drogi, wyczuwając śmierć siedzącą w siodle za nim.
*******
- Gotowi? - głos Erwina ledwo przebijał się przez tuman mgły otaczającej jego umysł. Sekundanci przyglądali się beznamiętnie. Pojedynek i tak był ukłonem w jego stronę. Przecież można go było po prostu aresztować. A może brat bał się kompromitacji, nie chciał ujawniać swojej przeszłości, ani nie przypominać o niej swoim zwierzchnikom? To nie miało znaczenia. Erwin dał znak...
Wypad. Łatwe do przewidzenia, zgrabna parada i riposta. Anton wiedział co robi. Opanuj się albo nic z tego nie wyjdzie. Pass do przodu, pchnięcie. Slip i parada. Kolejne pass, kolejne pchnięcie. Anton tylko na to czekał. Jego wolta, zakończona ciosem lewaka, omal nie zakończyła wszystkiego. Sekundanci drgnęli mimowolnie.
- Przerwać! - ryknął Erwin. - Możesz kontynuować, kawalerze?
Daniel skinął tylko głową. Rana krwawiła, ale ból był niczym w porównaniu z tym co działo się w jego duszy. Piekło i szatani! Zdjął koszulę, w obecnym stanie tylko przeszkadzała. Krople deszczu na twarzy, tak jak wtedy...
Erwin ponownie usunął się. Anton był pewny siebie. Wiedział, że nie należy lekceważyć przeciwnika. Stanął w pięknej primie, lewak nad nogą wykroczną. Piękna pozycja. Ranny nie skróci dystansu wystarczająco szybko...
Świst. Brzęknięcie metalu. Odruchowa zasłona twarzy przed nadlatującym przedmiotem. Na chwilę zapomniał o lewaku, rapier zasłonił mu widok. A potem...
Daniel patrzył bratu w twarz. Twarz wykrzywioną niedowierzaniem. Zapewne jeszcze nie wiedział, co się stało. Młodszy z braci naparł na rękojeść wbitego po jelec w pierś brata rapiera. I przekręcił.
Odsunął się od padającego w błoto ciała. Sekundanci coś krzyczeli, ale nie słyszał ich. Słyszał tylko dudniącą w uszach krew.
Nie pomogło. Nie uspokoił się.
Chyba już nigdy nie dam rady. Nigdy. Nigdy nie zaznam spokoju.
*******
Gdzieś na ulicach Kindle halabardnicy okrzykiwali się, patrolując ciemne zaułki. Pies ogryzał resztki niezidentyfikowanego stworzenia. Goście w gospodzie "Głowa Knura" rozprawiali na temat pogody, interesów, polityki. Pełne życia, rumiane twarze, kufle pełne piwa, chętne dziewki, woń smacznego, choć niewyrafinowanego jadła...
W innej części miasta, w dzielnicy średniozamożnej szlachty, służący nalewał właśnie wina z pięknie rzeźbionej karafki. Gdzieś w głębi domu rozległo się pierwsze z uderzeń zegara. Sługa drgnął. W domu było tak potwornie cicho... Pracował tu od niedawna, ale atmosfera willi zaczęła mu się udzielać. Tu nie rozmawiało się głośno, jakby w powietrzu wisiało coś ciężkiego, co tłumiło wszystkie dźwięki, a jednocześnie wyciskało z człowieka radość życia...
Wszedł do salonu. Nawet ogień w kominku trzaskał tu jakby nieśmiało, nie chcąc się narazić na gniew pana domu. A sam pan... Sługa spojrzał na siedzącego w fotelu mężczyznę. Szczupły, o dość pospolitej, naznaczonej piętnem czasu twarzy, wbijający pusty wzrok w płomienie w kominku. Trudno było skojarzyć go z człowiekiem, którego widział jeszcze w czasie popołudniowej wizyty barona de Nevve. Wtedy pan tryskał energią i humorem, śmiał się i żartował, zabawiał gości i... żył. Teraz wydawał się martwy. Jakby poruszające go sznureczki zostały przecięte. Miało się wrażenie, że coś wyssało z niego życie, dopadły go jakieś ukryte w jego duszy demony. Jedynie ledwo zauważalne ruchy piersi, unoszącej się w oddechu, świadczyły, że ten wrak człowieka żyje jeszcze. Przed nim, na stole, leżały pożółkłe, stare listy, jakieś drobiazgi, konterfekt przedstawiający jakąś młodą kobietę... Córkę? Nie widać podobieństwa. A dalej... Złamane ostrze rapiera, pokryte rdzawym nalotem... I pistolet... Sługa wiedział, że jest nabity. Czy ten człowiek, wpatrujący się pozornie bezmyślnie w ogień, nie zastanawia się co wieczór, czy nie nadszedł już czas? Czas żeby wyciągnąć dłoń... Jeden szybki ruch, pociągnięcie za spust...
Patrząc na niego, sługa doszedł do wniosku, że byłby to gest litości.
Postawił tacę na stoliku.
Przeżegnał się pośpiesznie, i wyszedł.
FIN
Napisane 23. Września, Roku Pańskiego 2004
Darclan