Oficjalnie nikt o tym nie mówi, ale w Cynazji dochodzi do ostrej rywalizacji między Policyjnym Referatem ds. Zwalczania Zgromadzeń Zakazanych a Urzędem Świętego Oficjum. Świeccy śledczy kontra śledczy z ramienia Kościoła. Urząd Kościelny, znany szerzej jako Inkwizycja od zawsze podejrzewał Referat o niejasne pobudki działania, skrywanie w swoich szeregach ludzi wątpliwej przeszłości i wątpliwej motywacji do pracy. Inkwizycja powątpiewała z kolei, że osoby niezwiązane z instytucją Kościoła chcą rzeczywiście wymieść z duszy Cynazyjczyków wkradające się tam deviria. Dlaczego świeccy urzędnicy mieliby mieć dostęp do dokumentów, które łatwo mogą sprowadzić na złą drogę? Dlaczego nie spowiadają się z obcowania z pokusą przed Jedynym? Inkwizytorzy zawsze twierdzili, że motywy działania Oficjum są jasne i czyste „kiejby łza”. Referat z kolei uważał, że zaślepienie nie pozwala Inkwizytorom działać skutecznie gdyż, może przez owe łzy właśnie, nie potrafią rozróżnić nieszkodliwych miłośników tajnych bractw (których w samym Kindle zliczysz dobre pół setki, wliczam w to wyłącznie loże regularnie spotykające się, o przynajmniej 20 aktywnych członkach) od bluźnierczych czarowników, wszystkich wrzucając do jednej kategorii – ludzi zaprzedających duszę, opętanych i niebezpiecznych. Niewiernych. Spór miał charakter ideowy, ale i dla jednych i drugich tak naprawdę chodziło o ambicje i honory, dumę i potęgę. Rzekłbym, że naturalną konsekwencją sporu był swoisty wyścig o sukcesy. Ale przecież tak wcale być nie musiało. Każda instytucja mogła pracować sama w spokoju, mogły współpracować w zgodzie etc. etc. . Nie w tej opowieści, nie w tamtych warunkach. Ustalmy zatem, że był wyścig o prymat. Przyjmijcie to za fakt. Uznajmy, że moje słowa są obiektywnym świadectwem - niezależnie od strony, po której w tych zawodach stałem (a to powinno być już dla Was jasne).
Jeśli wyścig na śledztwa, to już pewnie wyobrażacie sobie rywalizację dwóch machin ścierających ludzkie dusze w proch, widzicie masy ludzi gasnące w kazamatach, tabuny podejrzanych poddawanych torturom, śledczych którzy zamęczają przesłuchiwanych pytaniami. Bo wszak skoro wyścig to dalej, hajda, naprzód! Kto zamknie i spali więcej osób, ten wygrywa. Nie tędy droga. Cynazja to nie Kord, Kartina, ani tym bardziej Kara (przeklęte państwo, na Jedynego!). Za uczestnictwo w tajnych zgromadzeniach można oskarżyć 30% mieszkańców Kindle, sęk tkwi jednak w tym, że Cynazji szkodzi zaledwie 5% z tych grup. Z tego zaledwie część świadomie. A w tej grupie znaczna większość pod płaszczem tajnych kultów skrywa różnej maści pospolitych przestępców. Pozostała garść to prawdziwe Zgromadzenia Zakazane. I o tę garść walczyła Inkwizycja z Referatem.
Ja znalazłem się w Referacie „Trzy Zet” (skrót ten wywodzi się od członu „Zwalaczania Zgromadzeń Zakazanych” ), a znany byłem szerokiej publiczności (i, po prawdzie, nadal chyba jestem) jako Luigi di Barcholo, „Rewizor”. Dlaczego „Rewizor”? Odpowiedź jest banalna i szczera: nie wiem. Ktoś powiedział i zostało. Wolałbym być nazywany „Wilkiem”, jak sławny Nadinspektor di Marabandi, ale do listy rzeczy, których się nie wybiera obok krewnych i rodziny zaliczyć można najwyraźniej pseudonimy nadawane przez współpracowników. Ze względu na swoją tuszę mogłem zostać „Tłustym policjantem” „Opasłym wieprzem” lub „Świniakiem”. Zostałem zatem „Rewizorem” i sami przyznacie, że w starciu z poprzednimi propozycjami „Rewizor” brzmi groźnie, zacnie i interesująco.
Zaczynałem jako asystent śledczy, bezpośrednio po studiach. Z początku jedynie jako pomocnik, który archiwizował materiały i nanosił informacje na mapę. Tak zwany „pisarczyk”. Zwykły, szeregowy pracownik pionu śledczego Policji w Kindle. Dodać muszę niezaznajomionym z faktami, że Policja była służbą powołana do życia przez Jego Królewską Mość Jeremy’ego II Lermonta w 1553 roku zaledwie 4 lata przed moim w jej szeregi wstąpieniem. Służba ta przejęła część kompetencji Miejskich Hufców Porządku i Ładu (popularnie zwanych Strażnikami) oraz większość zadań Wywiadu Miejskiego Wielkiego Miasta Kindle. Jako pisarczyk wykazałem się talentem do łączenia faktów, kompetencjami analizy oraz – co być może najważniejsze - umiejętnością przetrwania w trybach administracyjnego molocha. Po zmianie Naczelnika Referatu, podlegającego bezpośrednio prefektowi Policji (poprzedni, Giordano Benedykt Laparge, niegdysiejszy szef Wywiadu Miejskiego, odszedł w stan spoczynku) otrzymałem stanowisko młodszego śledczego w grupie Inspektora de Selvano. Gdy klika lat później de Selvano został przeniesiony do Kancelarii Królewskiej zostałem awansowany na Inspektora, pracując z grupą czterech podkomendnych. Ja myślałem, analizowałem fakty i koordynowałem pracę grupy, podczas gdy oni tropili, szukali, działali w terenie. Miałem wówczas 32 lata. Najsłynniejszym śledztwem w mojej karierze Inspektora była sprawa „Czarnej Jutrzni”, organizacji o charakterze wywrotowo-okultystyczym (czytaj: organizacji, która z wielką chęcią obaliłaby ustrój królestwa Cynazji, jednocześnie zaś realizowała się twórczo, przyzywając na nocnych misteriach różnej maści demony i deviria ). Zapewne o niej czytałeś Panie. Plotka głosi, że po zdemaskowaniu owego bractwa byłem na audiencji u królowej. Dalekie to od prawdy, ale moja legenda rozwijała się całkiem, całkiem zgrabnie. Solą w oku Inkwizycji musiały być tytuły w gazetach: „Rewizor uderza”, „Kolejny celny strzał di Barcholo”. Na końcu jednak to oni zatriumfowali. A może i nie oni?
Sukcesy w pracy? Że się niby chwalę? Jest czym, bo było ich wiele. Sprawna praca, talent śledczy, wyczucie. Tak, owszem, wszystko to prawda ... ale źródłem sukcesów Luigiego di Barcholo były dwa elementy:
Primo - rzadki dar rozumienia ksiąg i wynajdywania w słowie pisanym większej ilości danych niż wynikałoby to z treści. Najpierw przyszło czytanie w nieludzkim tempie, potem zdolność opisania ludzi po charakterze pisma, na końcu sny, w których spotykałem autorów dokumentów. Skąd we mnie ów dar, za który w Karze spłonąłbym na stosie? Musi być od Jedynego, nie inaczej. Wszak owe umiejętności pozwalały mi chronić ojczyznę przed zakazanymi zgromadzeniami i – nie przeczę – zdobyć drugi czynnik sukcesu, o którym poniżej:
Drugim czynnikiem sukcesu był maestro Bartolomeo Montilvini (lat 61). Historia moja i mistrza skrzypiec jest długa i dość zawiła więc przytoczę jej fragmenty. Bartolomeo Montilvini, właściciel akademii muzyki, z zamiłowania bibliofil. Przez 6 lat był moim autorytetem w sprawach związanych z okultyzmem. Członek Bractwa Tomardytów, wpadłem na ich trop podczas dwuletniego śledztwa nakierowanego na wytropienie spisku wymierzonego przeciw księdzu Mateuszowi Japettiemu. Znalazłem go, a jakżeby inaczej, w snach. Montilvini przez klika lat pozostawał moim informatorem, który pod groźbą denuncjacji sprawdzał dla mnie autentyczność czarnoksięskich manuskryptów. Znał dobrze czarny rynek podejrzanych ksiąg i przedmiotów krążących między podłej maści handlarzami a zacnymi obywatelami miasta. Poza tym szeroka wiedza pozwalała Montilviniemu odróżnić sztubacki pseudomagiczny bełkot od prawdziwie niebezpiecznych treści. Nie wątpię, że część z przekazanych materiałów kopiował. Czy zajmował się magią? Nie mam wątpliwości, że tak. Kontakty z nim zepchnęły mnie przeto na niebezpiecznie wąską granicę, na którą często wchodzą badający historię mnisi lub inkwizytorzy. Nie zaprzeczę jeśli powiesz, że to Montilvini nauczył mnie wiele o tajemnych księgach i okultyzmie. Czytając ogrom woluminów, szczególnie w takim tempie jak ja to czynię, człowiek zapamiętuje pewne schematy i nazwy niezależnie od tego, czy jest to jego wolą, czy nie. Modlę się do Jedynego i wiem, że wiedzy tej czynnie nie wykorzystałem ale bez wątpienia żyjąc w Karze zostałbym spalony na stosie za samo to, co wiem.
Moja kariera rozkwitała. Nie wprowadzę w błąd jeśli powiem, że zawsze imponował mi prestiż urzędu który piastowałem a ten znacznie wzrósł po awansie na Nadinspektora. Wraz z nową nazwą stanowiska przyszło mi badać sprawy wykraczające poza granice Kindle - otrzymałem dostęp do dokumentów wywiadu oznaczonych sygnaturą „T/3” (nadal pozostawałem jednak odłączony od dokumentów T/2, T/1 i – co oczywiste – T/0, przeznaczonych wyłącznie dla oczu najwyższych dostojników królestwa). Moim zadaniem była koordynacja kilku różnych dużych śledztw, a ilość materiałów przechodzących przez moje ręce znacznie się powiększyła. Wtedy właśnie wpadłem na ślad sprawy która sprowadziła mnie do zguby. Jak to się stało? Cierpliwości. Najpierw wyjawię, kim jest Aresteus Hen-Raenn...
Aresteus Hen-Raenn, inkwizytor z Kartiny, lat wówczas 44, wysłany na stanowisko śledczego Świętego Oficjum do Cynazji, najpierw do Deire, potem do Kindle. Aresteus Hen-Raenn, Nordyjczyk. Jego przybycie to efekt zaniepokojenia Papiestwa rozwojem „swobody moralnej” wśród wyższych sfer kraju Jaśnie Wielmożnego Jeremy’ego Lermonta II. „Arystokracja zdaje się popadać w nurt okultystyczno-rozpustny, wiodąc kraj od Jedynego ku Upadkowi”, jak napisano w liście polecającym jego powołanie na stanowisko (dokument z 16 września oznaczony symbolem T/2 - przyznam, pewne kontakty dawały dostęp do informacji niedostępnych). Owo rozprężenie społeczne nie mogło przypaść do gustu stolicy Kartiny stąd też polecono wyjazd do Kindle Aresteusa Hen-Raenn. Był sprawnym urzędnikiem, bezwzględnie posłusznym i zasłużonym na polu walki z obojętnością wobec upadku moralnego.
Przejdę teraz do historii pewnego śledztwa. Zaczęło się od tego, że znalazłem element, który łączył parę pozornie niezwiązanych spraw. Elementem owym był autor kilku listów, które pochodziły ze zbioru dowodów zebranych przez Policję przy okazji dochodzeń oraz z wewnętrznych zasobów Referatu 3Z. Charakter pisma tych dokumentów znacznie różnił się od siebie i zwykły grafolog mógłby się nie zorientować, że te listy pisała jedna osoba. Byłoby to trudne nawet wtedy, gdyby zebrał je w jednym miejscu. Nie mówiąc o tym, że musiałby mieć do tego motywację. Mnie nie brakowało motywacji, ani tym bardziej spostrzegawczości choć tak oczywiście za sukcesem stoi, jak to zwykle bywa, czysty przypadek. Charakter pisma nie mówił o nim nic poza tym, że osobowość zmieniał na zawołanie. Ja jednak wiedziałem, że to jedna i ta sama osoba. Wszystkie sprawy, w których się pojawiał były związane z zakazanymi zgromadzeniami, stanowiły donosy na osoby w Kindle bądź korespondencję z członkami przeróżnych zgromadzeń, przemytnikami etc.. Nie podzieliłem się swoimi odkryciami z nikim, wyjąwszy mojego podkomendnego i przyjaciela Anzelma la Charb. Po długiej lekturze dokumentów autora listów spotkałem we śnie... Był starym wojskowym, kapitanem wojsk agaryjskich. Jak pokazały kolejne miesiące stanowił ważne ogniwo sprawnie działającej sieci szmuglującej do Nordii przedmioty i starodruki związane z deviria i czarnoksięstwem.
Po pewnym czasie, przy okazji zupełnie innych zadań razem z inspektorem le Charb pojechaliśmy do Agarii i po kilku tygodniach poszukiwań wpadliśmy na trop owego wojskowego. Stało się to przypadkiem, gdy na defiladzie zwycięzców bitwy pod Degelherr ujrzałem go w pierwszym szeregu. Na szarej klaczy jechał oto Maurycy Stojanow, kapitan pułku doborowych zwiadowców z Brezgow. To, co teraz napiszę jest czystą hipotezą, ta hipoteza jednak wydaje się być najbardziej prawdopodobna. Mechanizm grupy był dość prosty – na pograniczu, jak to na pograniczu krajów graniczących z Valdorem, znajdowano przeklęte inkunabuły. Znajdowali je ludzie Stojanowa. W mieście Brezgow staliśmy się świadkami procesu osób, przy których rzekomo księgi te znajdowano oraz palenia ognisk, w których woluminy odrywały rolę elementów palących się. Na stosach nieopodal ku uciesze władz, ludzi Stojanowa oraz gawiedzi płonęły osoby, które pojmano i osądzono. Całość nadzorował miejscowy przedstawiciel świętego Oficjum – Ojciec Adrianus. Montilvini sprawdził dla mnie pewne fakty i okazało się, że ojciec Adrianus wraz z Aresteusem Hen-Raenn wspólnie przyjmowali śluby i razem działali na misji w Ragadzie. Oczywistym stało się dla mnie, że był zamieszany w cały proceder. Dalej sprawa był dość prosta. Inkwizycja w Agarii potwierdzała spalenie ksiąg, przemytnicy szmuglowali je do Kindle lub Deire, tam przejmowali je czarnoksiężnicy i członkowie tajnych bractw. Bardzo ostrożnie wybierano „kupujących”, by nie stały się nimi żadne osoby, które mogą opuścić miasto. Na końcu zaś ktoś na miejscu przejmował księgi. Albo oficjalnie – jako Inkwizycja, albo nieoficjalnie – szantażując kupców.
I tu pojawia się ( najprawdopodobniej, bo dowodów na to nie znalazłem ) znajomy Nordyjczyk. Aresteus Hen-Raenn. Osoba dość potężna, żeby nadzorować cały proceder, jednocześnie bardzo mocno związana z Nordią. Wiem od ojca Iniro, że to z jego inspiracji polecono mnie zniszczyć. W księdze którą zarekwirowaliśmy podczas któregoś ze śledztw znalazłem list adresowany do mnie. List, który ewidentnie groził mi skompromitowaniem mnie jeśli nie zaprzestanę dalszych działań w wyżej opisanej sprawie. Wizja ukazała, że autorem groźby jest osoba, którą tuż przed akcją Referatu pojmała Inkwizycja. Mało prawdopodobne, żeby więzień w celi Oficjum swobodnie pisał listy i pamiętniki do rodziny, przyjaciół i pracowników Referatu, ktoś zatem posłużył się jego rękoma aby przekazać mi ostrzeżenie . Oczywiście gdy ja zastanawiałem się nad ruszaniem sprawy celem jej ujawnienia, druga strona puściła w ruch maszynę niszczenia kariery Rewizora.
W jaki sposób można było mnie skompromitować ? Pamiętacie, gdy mówiłem o źródłach swoich sukcesów zawodowych? Lista owa nie była kompletna, brakowało punktu numer 3 i w tym temacie poniżej. Przeczytaj, zapomnij i nie próbuj mnie oceniać.
Trzeci czynnik sukcesu to...
Sam nie wiem od czego zacząć...
Każdy człowiek ma w swoim życiu momenty, których się wstydzi. Ja wstydzę się tego, że pozwoliłem mojemu przełożonemu wysadzić ze stołka Naczelnika Referatu. To właśnie ten moment, który wcześniej elegancko nazwałem „odejściem ze służby w stan spoczynku Giordano Benedykta Laparge”. De Selvano, jak przypuszczałem, został awansowany, a ja – jako jego protegowany – razem z nim. W skoku na stanowisko młodszego śledczego pomógł mi malutki donosik. Taki malutki, pozornie nic nie znaczący liścik o jego grzeszkach, który we właściwym momencie dotarł do kogo trzeba. Mała podłość, haniebna małość legły u progu mej kariery.
Paradoks tej sytuacji polega na tym, że mam świadomość, iż bez podłości której się dopuściłem zaszedłbym zdecydowanie wyżej niż to miało ostatecznie miejsce. Poza tym, jak się okazało w późniejszej karierze przyszło mi posługiwać się o wiele bardziej nagannymi metodami niż te które były przyczyną oskarżenia Laparge’a. Jednak nigdy dla korzyści tak wybitnie osobistych. Ale cóż, czasu cofnąć się nie da.
Ostatecznie po pół roku Nadinspektor Laparge odparł wszystkie zarzuty, smród jednak pozostał i nie pozostało mu nic innego jak pozostać nieodwracalnie w stanie spoczynku. W stanie spoczynku nie pozostał jednak długo bo choć do Policji wrócić nie mógł okazało się, że znalazł zatrudnienie u hrabiny de Corderoy jako doradca do spraw bezpieczeństwa rodziny. Kim jest hrabina de Corderoy i jaką pozycję ma wśród arystokracji, nie muszę chyba dodawać.
Giordano Benedykt Laparge nie wiedział, kto postanowił zakończyć jego karierę Naczelnika. Inkwizycja, a najprawdopodobniej Aresteus Hen-Raenn, postanowili wzbogacić jego wiedzę w rzeczonej sprawie. Kiedyś ja sprokurowałem donos, teraz ktoś donosem załatwił mnie. Jak w sztuce des Turnella – machinator od własnej ginął machiny.... W krótkim czasie seria niejasnych dla mnie machinacji doprowadziła, że zabrano mi stanowisko, przywileje i upokorzono tak, że postanowiłem wyjechać z Kindle. Do dziś pamiętam tytuły w gazetach „Celny strzał w Rewizora”, „Grzechy Inspektora di Barcholo” lub mój ulubiony” „Rewizja u Rewizora”
Przed więzieniem, a być może stosem uratowała mnie jedna osoba. Ojciec Iniro. Zmilczę w jaki sposób, dość powiedzieć że zawdzięczam mu wiele. Coś więcej nawet niż życie.
Nie muszę chyba mówić, że w Cynazji zrobiło się dla mnie za ciasno. Zbyt wiele oczu syciło się moją klęską, zbyt wiele osób, które nazywałem przyjaciółmi okazało się szujami, zbyt wiele smrodliwego błota przylgnęło do mego surduta. Czas było wyjechać. Możliwie daleko. Tak właśnie znalazłem się w Kordzie...
Majętności Luigiego di Barcholo (l. 41)
Księgozbiór (2 wsie) – księgi były, są i będą moją pasją do końca mych dni. Ba! Sądzę, że umrę dla woluminu lub z powodu jakiegoś manuskryptu. Moja opinia nie jest bezpodstawna, jeśli spojrzeć raczysz Panie na moją historię. Pewna część biblioteki to majątek, który otrzymałem w spadku po swoim dziadku ze strony matki, jednakże lwią część kompletowałem mozolnie przez wiele lat swojego życia. Mój księgozbiór jest cenny, i choć nie zawiera wielu pozycji – jako znawca pozwalam sobie na bycie wybrednym – rzadko zdarza się, żebym nie znalazł w nim informacji, których poszukuję. Wszelkie co cenniejsze woluminy przeglądam osobiście przynajmniej raz w tygodniu. W wartość tego księgozbioru wliczam oczywiście te, którymi w moim antykwariacie handluje mój pracownik, rzemieślnik-księgarz Ozvald Doornbos.
Willa Gamstern (1 wieś) – świeżo zakupiona, nim jednak zamieszkam w moim nowym lokum w Dominante służba już czyni swoją powinność przygotowując niewielki dom do moich potrzeb. Najęty architekt, z pochodzenia Cynazyjczyk, przerabia wnętrza na bardziej świetliste i lekkie, a rzemieślnicy powiększają pomieszczenia na piętrze na bibliotekę. Z historii domu warto odnotować fakt, że przez rok mieszkał w jego murach baron Janus de Dieppe, emerytowany oficer armii vermerskiej, weteran frontu agaryjskiego i uznany nauczyciel strategii i taktyki na Akademii Nauk Dominante. Przy tym alkoholik, jak się dowiedziałem. De Dieppe zginął podczas pamiętnej zarazy przed trzema laty. Okolica domu jest spokojna, ale zarazem wystawna jak na Dominante przystało. Ulice kryte białym kamieniem, kryjące się w cieniu starych drzew posiadłości należą do bogatych mieszczan i szlachty. Gdyby nie fakt, że „śród szlachty znasz na świecie, że nad Kindle miast piękniejszych nie najdziecie” powiedziałbym, że jest to najprzyjemniejsza okolica w jakiej miałem okazję przebywać.
Drukarnia Breurebouk w Lidze (2 wsie) – posiadam trzecią część udziałów w tym przedsięwzięciu. Właścicielem 60% jest Martynus Breure, bratanek żony senatora Ligi, Joachima Cyndera . Majętność ta przynosi mi stały dochód i stanowi uczciwy zwrot z zainwestowanych pieniędzy. Martynus Breure, choć młody, okazał się człowiekiem godnym zaufania i mimo, że moje udziały są relatywnie niewielkie po prawdzie mam duży wpływ na podejmowane decyzje. Skąd u nadinspektora tak znaczne środki pieniężne na inwestycję, spytacie, jeśli skoro rodzina di Barcholo nie należy do szlachty szczególnie zamożnej? Żołd inspektora po prawdzie nie jest duży ale szereg trafionych transakcji na inkunabułach znacznie powiększył moje zasoby. Na jakich woluminach, pytacie? Niech to pozostanie moją tajemnicą, powiem że rzadkich i drogocennych. Jeśli nie przestaniecie dociekać dalej uznam, że podejrzewajcie mnie o działania niezgodne z prawem kościelnym. Skoro podejrzewacie, że to dzieła okultystyczne przyniosły te krociowe zyski pozwólcie że spytam Was o coś: kiedy ostatnio handlowaliście takowymi? Nie pytam „czy” – to już ustaliliśmy. Pytam – kiedy i gdzie?! ...
Sojusznicy:
maestro Bartolomeo Montilvini (lat 61) – historia moja i mistrza skrzypiec jest długa i dość zawiła. Przez 6 lat, był moim autorytetem w sprawach związanych z okultyzmem. Członek Bractwa Tomardytów, wpadłem na ich trop podczas dwuletniego śledztwa nakierowanego na wytropienie spisku wymierzonego przeciw księdzu Grandamo.
Montilvini przez klika lat pozostawał moim informatorem, który pod groźbą denuncjacji sprawdzał dla mnie autentyczność czarnoksięskich manuskryptów. Znał dobrze czarny rynek podejrzanych ksiąg i przedmiotów krążących między podłej maści handlarzami a zacnymi obywatelami miasta. Poza tym szeroka wiedza pozwalała Montilviniemu odróżnić sztubacki pseudomagiczny bełkot od prawdziwie niebezpiecznych treści. Nie wątpię, że część z przekazanych materiałów kopiował. Czy zajmował się magią? Nie mam wątpliwości, że tak. Kontakty z nim zepchnęły mnie przeto na niebezpiecznie wąską granicę, na którą często wchodzą badający historię mnisi lub inkwizytorzy. Gdzie człowiek styka się z Ciemnością tak mocno, że ta zmienia go nie do poznania? Słuchając z zaciekawieniem o demonach? Czytając stare zapiski opisujące deviria? Szukając notatek z inkantacjami, czy wreszcie uczestnicząc w obrzydliwych ceremoniach?
Nie zaprzeczę jeśli powiesz, że to Montilvini nauczył mnie wiele o tajemnych księgach i okultyzmie. Czytając wiele woluminów, szczególnie w takim tempie jak ja to czynię, człowiek zapamiętuje pewne schematy, nazwy, miejsca niezależnie od tego, czy jest to jego wola, czy nie. Modlę się do Jedynego i wiem, że wiedzy tej czynnie nie wykorzystałem ale bez wątpienia żyjąc w Karze zostałbym spalony na stosie za samo to, co wiem.
Anzelm la Charb (lat 35) – były podwładny, obecnie kapitan oddziału Posłańców z Vallen Posłańcy to grupa zwiadowców, którzy spędzają czas bezustannie jeżdżąc na przygranicznych terenach Cynazji . Oficjalnie poszukują przemytników i szlaków przerzutu nielegalnych dóbr, naprawdę jednak ich podstawowym zadaniem jest badanie sytuacji na podległym obszarze granicznym, zbieranie informacji o posterunkach sąsiedniego kraju, nastrojach mieszkańców i tym podobnych.
baron Mizygon la Varelle (lat 57) – arystokrata, bibliofil z Balingen
Ozvald Doornbos (lat. 25) – pomocnik w księgarni
kapitan Holger Huss (lat. 43) – kapitan okrętu
Współczynniki:
Imię i nazwisko: Luigi di Barcholo
Pochodzenie: Cynazja
Profesja: Cynazyjski Badacz
Budowa: 9
Wiarygodność: 14
Zręczność: 8
Opanowanie: 11
Spryt: 16
Wytrwałość: 9
Spostrzegawczość: 13
Wiara: 12
Refleks: 11
Autorytet: 12
Wiedza Ogólna: 20
Fechtunek: 11
Strzelanie: 11
Dusza: 60/60
Cecha z pochodzenia: Wszechstronne wykszt.
Cecha z profesji: -
Umiejętności
Atletyka: 1
Wysportowane: 1
Rapier: 2
Broń bitewna: 1
Pistolet: 3
Muszkiet: 1
Okultyzm: 2
Wiedza Magiczna: 1
Blef: 2
Czytanie emocji: 3
Nasłuchiwanie i wypatrywanie: 2
Zbieranie informacji: 3
Jeździectwo: 1
Postępowanie ze zwierzętami: 1
Teologia: 2
Historia: 1
Naprawa: 1
Opatrywanie ran: 1
Sztuka przetrwania: 1
Ukrywanie się: 2
Plotki: 1
Etykieta: 1
Grafologia: 3
Fałszowanie dokumentów: 3
Znajomość sztuki: 1
Geografia: 1
Kryptologia: 1
Prawo: 1
Wiedza o kościele: 1
Wiedza o tajnych bractwach: 1
Medycyna: 1
Jęz. cynazyjski: perfekcyjnie
Jęz. kordyjski: biegle
Jęz. starodoryjski: biegle
Szkoła szermiercza: cynazyjska
Biegłości szermiercze:
Zbicie (przy różnicy 10 pkt. ponad obronę przeciwnika wytrąca mu broń z dłoni)
Ruch: Akcje w Ataku
Kroki: 1
Ruch: Akcje w Obronie
Praca nóg: -1
Unik: 0
Odskok: 8
Rapier: akcje w Ataku
Pchnięcie proste: 1
Cięcie zwykłe: 1
Pchnięcie ze zwodem: -4
Ponowienie: -1
Wypad: -1
Pchnięcie pozorne: 3
Zbicie: 5
Rapier: Akcje w obronie
Zasłona II: 4
Zasłona I: 5
Riposta: 1
Wyprzedzenie: -7
Miecz: Akcje w Ataku
Cięcie zwykłe: -1
Cięcie z zamachu: -6
Ponowienie: -3
Zbicie miecza: 1
Miecz: akcje w obronie:
Odbicie: 2
Zasłona: 3
Wyprzedzenie: -9
Zwarcie: Akcje w Ataku: 1
Zwarcie: Akcje w obronie 3
Komen