"Kiedy zginął jeden z moich rycerzy powiedziałem: człowiek umiera, honor zostaje."
-- anonimowy Agaryjczyk

Horacy Szekot

Horacy Szekot? Powiem krótko - dobry to człek, ale jakowyś dziwny. Nie zrozumcie mnie źle – to nie jeden z tych valdellerczyków - przygłupów z tawernianych dowcipów. Właściwie rzecz biorąc jest przeciwieństwem valdellerczyka. Spokojny, rozważny i przenikliwy. Raz spojrzy i wszystko o człowieku wie, jakby patrzył do wnętrza duszy. Co mówicie? Że może to nie valdellerczyk? Tego wsiowego akcentu nie da się udawać, uwierzcie mi! Tak jak on mówią tylko valdellerczycy i nikt inny na świecie. Poza tym stwierdzono to autory.. autorar ... no, wiecie – z całą pewnością. Niejaki Diego Ohler, świeć Panie nad jego duszą, – szubrawiec spod ciemnej gwiazdy – chciał szantażować, Szekota, że on niby nie szlachcic i zbierał informacje mające tego dowieść. Utopił się biedak w rzece, ale zanim sczezł znalazł jakoweś dokumenta, że zamek Shekot faktycznie istnieje gdzieś na północy Valdelleru, choć w ruinach. Co jeszcze można o nim rzec? Jest jakiś, jakby nieobecny, oddalony. Odludek jakiś chędożony!! Ani do Loży Kupieckiej nie chciał się zapisać – rzekł, zważcie sobie, - że jako szlachcicowi mu nie wypada; a miejsce w Sojuszu Kupców Bławatnych takoż odrzucił. Powiadali na mieście, że oferowano mu funkcję Doradcy jednego z Dożów, ale to chyba nieprawda, zbyt mała szkatuła u niego na takie progi – jeśli wiecie co mam na myśli... Jeszcze dziwniejsze, powiem wam, że na balu żadnym, raucie czy przyjęciu nie sposób go było ujrzeć. Trzymał się od takich miejsc z daleka. I po co w takim razie te drogie, modne stroje? Te jego słynne rękawiczki z białego batystu, z którymi się nigdy nie rozstawał? Te jego kołnierze z najdrobniejszej cynazyjskiej koronki? Te fulary z atłasu?!!! Po co się pytam, skoro w ogóle mu w głowie nie były nigdy ani kobiece wdzięki, ani żeniaczka?!! Na kim on chciał robić wrażenie! Powiedzcie sami – dziwak! Ale najgorsze i najdziwniejsze jest to – że, ręką mej córki Aldony wzgardził! Widać, że wieśniak z niego niecienki, buc, gbur i cham, jak każdy valdellerczyk!

zeznanie Bartholomeo Viaz z Balingen
wrzesień 1575

Ekscelencjo!
Z największą radością donoszę, że znalazłem tego, o kogo nam chodziło! Mały, dziesięcioletni chłopiec, którego Jego Ekscelencji posyłam nazywa się Franscisco. Jest sierotą, jego rodzice zginęli podczas napadu korsarzy eskryjskich, na wyspę Horenta, podczas którego spalono miasto o tej samej nazwie i jego zamek rodzinny. Z tego co wiem nie ma nikogo bliskiego. Wyspa powoli odradza się z popiołów, oby Jedyny miał jej mieszkańców w swojej opiece.
Jak na niego trafiłem? Zdziwisz się Panie, ale znalazłem go wśród żołdaków. Chłopiec jakoś przedostał się ze spalonej wyspy na kontynent – już to świadczy o jego zaradności i przebiegłości. Ale nie koniec na tym! Obecnie w rejonie tym rozłożył się na zimowe leże IV Pułk Papieski pod wodzą generała de Montesalvo. Chłopiec błąkał się w okolicy, i przyłączył do żołnierzy. Pułk ten jest formowany aby wiosną powędrować do Valdoru. Napływają więc tam ochotnicy z całego Dominium. Ów mały spryciarz szybko stał się maskotką Pułku; co więcej nadzwyczajna bystrość umysłu pozwalała mu pojmować języki innych państw z łatwością, jakiej nigdy nie widziałem. W ciągu kilku tygodni, jak mi powiadano, stał się nieoficjalnym tłumaczem. Łatwiej mu się było porozumieć z żołnierzami tych wszystkich nacji niż sztabowemu pisarzowi. W chwili obecnej potrafi rozmawiać w trzech językach obcych (oczywiście słownictwo jest niewyszukane, przynależne bardziej żołdackiej swołoczy niż szlachetnemu paniczowi, ale tuszę, że szkołą i pracą nadrobić to można) nie licząc gwar, którymi posługuje się z niewymuszoną swobodą. Ponadto dzieciak ma niezwykły talent aktorski, o którym sam przekonasz się, gdy z nim porozmawiasz. Jego komiczny występ, podczas którego parodiował generała de Montesalvo był równie śmieszny w treści co porażający jeśli chodzi o naśladowanie ruchów, przywar, sposobu mówienia i wszystkiego innego co pozwala odróżnić jednego człeka od drugiego. Aż strach mnie zdejmuje gdy pomyślę sobie czego może dokonać gdy nauk zażyje odpowiednich. Dotychczas był towarzyszem i zabawką żołdaków, ale sam Panie przekonasz się, że do większych on dzieł powołany przez Jedynego został!

Pozostaję sługą uniżonym J.W. Ekscelencji.
Podpis nieczytelny

Archiwum Szkarłatnej Komnaty
pismo. syg. AB/14051977/23 umieszczone pod datą 12 grudnia 1545

Witam Cię Bracie!
Wiele przesypało się czasu piaskiem z orgońskiej pustyni nim odważyłem się napisać historię na której strzępy natrafiłem. Wiele miesięcy myślałem aby fragmenty układanki spoić w jedną sensowną całość, a to co odkrywałem stawało się coraz to gorszym koszmarem. Niech przeklęte zostaną chwile, w których trafiłem na ślad tej opowieści.
Wiadomym tylko nielicznym są informacje które odkryłem, zatem sam przed Jedynym i jego łaską przysiągłem, że nigdy nie zdradzę tej tajemnicy nikomu. Ciebie jedynie czynię powiernikiem mego sekretu gdyż Tobie tajemnica codzienną jest, a w przepaściach kronik tworzonych pod czułym Twoim okiem i ta mroczna opowieść uwieczniona być musi.
Otóż lat temu wiele pod papieskim okiem i przyzwoleniem zrodziła się w stolicy naszej organizacja, która ni mniej ni więcej miała się zajmować szpiegowaniem innych krajów. Co z resztą pewnie do tej pory z powodzeniem wielkim robi ku chwale Pana!
Nasz świętobliwy Ojciec świadom niestety plugastwa toczącego społeczeństwa innych krajów przyzwolił w swoim imieniu i za swoją zgodą ingerować w historię innych narodów i sprowadzać je na jedyną słuszną ścieżkę. Od lat wybierano wybitnie uzdolnioną młodzież i po potwornym odsiewie szkolono kilku najzdolniejszych w tej nietypowej służbie Panu! Otóż zdarzyło się dnia pewnego, że w szeregi owe dostał się niejaki Francisco de Morano szlachcic z biednej rodziny zamieszkującej okolice niedalekie miasta Horenta. Miał wtedy zaledwie lat 10 gdy wypatrzył go biskup na onczas - Zigmund Rocheford. Po weryfikacji okropnej, jak już wspomniałem, chłopiec ten został jako jeden z niewielu poddany szkoleniu w instytucji określanej wtedy mianem „Szkarłatnej Komnaty”. Po latach ośmiu rozpoczął on z powodzeniem służbę i niósł imię Pana tam gdzie już tylko intryga, kłamstwo i nawet mord mogły zmienić koleje losu zagubionych. Zatem już w miejsca bez nadziei wysyłany był ten młodzieniec. A zechciej wiedzieć, że natrafiłem na ślady sprawozdań innych wywiadów, w których mówi się o człowieku o tysiącu twarzy, zatem zaprawdę mistrzem być musiał w tym co robił. Na służbie tej chwalebnej lat siedem mu minęło i tylko cienie jego czynów udało mi się odnaleźć. Wiedzieć przecież musisz Ty Bracie najlepiej, że pewnych posunięć nijak za nienaturalne nie da się uznać nie znając podszewki. Wracając zaś do opowieści człek ten który już dawno tożsamość, swą zatracił i wszędzie kim innym się zdawał wyruszył na najtrudniejszą ze swych misji. Rocheford, który purpury kardynalskiej się doczekał do tamtych chwil, podjął był największą grę swego życia. Otóż w Karze, o której, jak wiadomo Ci zapewne, nawet najgorętsi pielgrzymi twierdzą, że nieco pobłądziła, na łożu śmierci zaległ na on czas kardynał Augusto Marchenga. Najzagorzalszy wróg odnowy i świeżego spojrzenia pozostawiał po sobie pustkę, którą zapełnić mogła albo frakcja równie zatwardziałego biskupa Alejandro Cutry albo słabsza ale również brana pod uwagę grupa sprzyjająca biskupowi Juanowi Preggio znanemu ze swych zliberalizowanych poglądów. Z resztą sytuację ową możesz Bracie odczytać w Kronice Ghurma nie będę jej bardziej niż muszę naświetlał.
Otóż jak się zapewne domyślasz w zamiarach Rocheforda było wsparcie drugiej bardziej umiarkowanej frakcji. Takiż był też cel de Morano, który tym razem jako biskup Juro Dunic z pobliskiej Agarii, decyzji konklawe przyglądać się miał. I tu niestety zaczyna się koszmar prawdziwy. W opactwie w którym zatrzymał się Dunic oddział był zakonu żeńskiego Sugianek. Jak do tego doszło i jakimi sposoby nie w mojej mocy ustalić lecz zrodziła się tam miłość zakazana i wbrew Jedynemu pożądliwa na tyle, że spełniła się grzechem. Siostra tam była młodziutka, dziewczyna urody niewyobrażalnej podobno - Emilia Alvarez. Z nią to właśnie de Morano oddał się grzesznej pokusie, a jak wiadomo jeden grzech kolejny za sobą pociąga, zatraciwszy się w żądzy bezdusznej zaniedbał swej misji i biskup Alejandro Cutra na kardynalski stołek wyniesion został. Jakby się grzech toczył nie wiadomo ale sromota przerwana została odkryciem prawdziwej misji fałszywego biskupa, przez nieuwagę zapewne straconej. Nie będę opisywał Ci Bracie co przez następny rok spotykało tego nieszczęśnika gdyż ręka mi drży na samą myśl o okropieństwach karyjskiego lochu. Jednakże nawet najsprawniejszym oprawcom nie udało się z owego człeka wydusić żadnej informacji. Wtedy sprawą ową zajął się sam kardynał, który swoimi drogami odkrył tajemnicę związku przeklętego mniszki i szpiega. Dał do wyboru umęczonemu zdradę miłości do Pana albo zdradę miłości do Emilii. I tu kolejny grzech plugawiec ten wykazał (choć litość mnie bierze prawdziwa gdy o jego uczuciu do niej pomyślę) i złamał się cały. Słyszałem to na własne uszy od jednego z oprawców, że gdy żelaza rozgrzane do jej splugawionego ciała przyłożyli skamlać począł jak pies zaszczuty. I sprzedał wszystko co mógł wierząc w obietnicę kardynalską, że życie dla niej wykupuje. I tu przyznać się muszę Tobie Bracie, że to jedyna trapiąca mnie moralnie część opowieści. Kardynał Cutra kiedy już wszystkiego się dowiedział kazał grzesznicę na stosie spalić na oczach owego zdrajcy. Jego samego zaś splugawionego i zeszmaconego do rynsztoka wyrzucić nakazał na śmierć pewną, acz najgorszą z możliwych gdyż tamten oprawców swych o litościwe skrócenie męki podobno prosił.
I tu następuje najciekawsza część historii. Dnia następnego gdy więzienne ciury po zewłok przyszły, niczego nie znaleziono. Poszukiwania wszczęte natychmiast nie przyniosły skutku żadnego. Już bym sprawę porzucił nie odkrywając nic ponad to ale przez przypadek zupełny natrafiłem na ślad szlachcica pewnego, który po latach kilku w Balingen pojawił się i z powodzeniem niebywałym interesy zaczął kręcić. Powiesz zapewne, że nic dziwnego w tym nie widzisz. Balingen miejsce do interesów najlepsze. Zadaj sobie tylko pytanie jakie miałby tam szanse młody jeszcze szlachcic Horacy Szekot z Valdelleru. A tenże z takim powodzeniem na rynku owym się odnalazł, że w lat kilka kilku co słabszych konkurentów wykupił. Jednakże ostatnio znowu ślad jego straciłem, gdyż na pokład wsiadł statku pewnego i odpłynął w nieznanym mi kierunku. Niektórzy powiadają, że w Kordzie filie swej firmy otwierać się udał ale tej informacji sprawdzić mi się jeszcze nie udało.
Nie lekceważ tej historii gdyż mimo strzępów informacji, które odkryłem jedynie taka wersja logiczną się mi być wydaje. Z całym szacunkiem dla Twej pracy pokłony wysyłam i modlę się do Jedynego o dusze tegoż nieszczęśnika żeby dobra ścieżkę jeszcze odnalazł.

Brat (podpis rozmazany przyp. skryby).

Z pamiętnika Ojca Iniro, 18 sierpnia 1564

Za chwilę będzie świtać. Kontury powoli wyłaniają się z mroku, w oddali śpiewają ptaki. Jest rześko. Na źdźbłach trawy widać rosę. Poprosił mnie o spowiedź, koniecznie świtem – więc czekam na świt, podczas gdy on modli się u stóp wzgórza. Czekam i rozmyślam, tu na szczycie wzgórza na agaryjskim pograniczu... Wracam myślami do chwili, gdy go ujrzałem pierwszy raz – tam, w rynsztoku w karyjskiej stolicy. Tak jak dziś świtało, ale na tym podobieństwa się kończą. Tamten świt był inny. Krwawe słońce wstawało leniwie wzmagając zgaszoną czerwień ceglanych murów. Wydawało się że wszystko tonie w krwi. Nawet mgła płożąca się u stóp kamienic też lepka była niczym posoka. Z tej mgły wyłaniały się powoli kontury domów, parapety, okiennice i bramy. I krwawy strzęp człowieka nienaturalnie wygięty we wschodzącym słońcu. Nigdy chyba nie zapomnę tej pozbawionej paznokci dłoni z odsłoniętymi mięśniami i ścięgnami, wyciągniętej w upiornym geście błagania, a może błogosławieństwa. Podszedłem do ciała, jakież było moje zdumienie, gdy stwierdziłem, że człek ów żyw jeszcze. Jakież wielkie jest miłosierdzie Jedynego i jak wielka siła ducha tego człowieka! Pomogłem mu. Przeniosłem ten ludzki ochłap, którym wtedy był w bezpieczne miejsce, a potem wywiozłem w ogóle z miasta. Ten człowiek katowany był tak potwornie i nieludzko, że aż strach przejmował, gdy pomyślało się, że jego wrogowie mogą go szukać.
Długie miesiące zajęło mi zanim pozszywałem i opatrzyłem jego umęczone ciało – dziś przypomina jedną wielką bliznę. Dziwny to człek. W jego głębokich oczach widać bezdenną rozpacz i zwątpienie. Musiano zabrać mu wszystko w co wierzył i czemu ufał. Ten człowiek to zwierciadło, w którym odbija się wszystko co ludzkie, ale samo w sobie z człowieczeństwem nie ma wiele wspólnego. Czy uda mi się pozszywać i opatrzyć poprute fragmenty jego duszy? I czy to co powstanie z tych części zwać będzie można jeszcze duszą? Cóż, czas pokaże...

Współczynniki:

Imię i nazwisko: Horacy Szekot
Tytuł: kawaler
Pochodzenie: Valdeller
Profesja: Szpieg

Budowa: 10
Wiarygodność: 11
Zręczność: 12
Opanowanie: 13
Spryt: 20
Wytrwałość: 11
Spostrzegawczość: 13
Wiara: 8

Refleks: 13
Autorytet: 10
Wiedza Ogólna: 9
Fechtunek: 14
Strzelanie: 12
Dusza: 40/40

Cecha z pochodzenia: brak
Cecha z profesji: Niewidzialny

Umiejętności
Atletyka: 1
Wysportowane: 1
Rapier: 1
Broń bitewna: 1
Pistolet: 2
Muszkiet: 1
Okultyzm: 1
Wiedza Magiczna: 1
Blef: 3
Czytanie emocji: 2
Nasłuchiwanie i wypatrywanie: 1
Zbieranie informacji: 3
Jeździectwo: 1
Postępowanie ze zwierzętami: 1
Teologia: 1
Historia: 1
Naprawa: 1
Opatrywanie ran: 1
Sztuka przetrwania: 1
Ukrywanie się: 1
Plotki: 3
Etykieta: 2

Otwieranie zamków: 1
Kryptografia: 1
Lingwistyka: każdy język obcy traktuje jako pokrewny

jęz. zachodniodoryjski (kartiński): perfekcyjnie
jęz. kordyjski: biegle
jęz. cynazyjski: biegle
jęz. matrański: biegle
język starodoryjski: biegle

Szkoła szermiercza: cynazyjska

Biegłości szermiercze:
Pchnięcie skrytobójcy

Ruch: Akcje w Ataku
Kroki: 4

Ruch: Akcje w Obronie
Praca nóg: 2
Unik: 2
Odskok: 9

Rapier: akcje w Ataku
Pchnięcie proste: 2
Cięcie zwykłe: 2
Pchnięcie ze zwodem: -1
Ponowienie: 0
Wypad: 2
Pchnięcie pozorne: 6
Zbicie: 4

Rapier: Akcje w obronie
Zasłona II: 5
Zasłona I: 6
Riposta: 2
Wyprzedzenie: -4

Miecz: Akcje w Ataku
Cięcie zwykłe: 0
Cięcie z zamachu: -3
Ponowienie: -2
Zbicie miecza: -2

Miecz: akcje w obronie:
Odbicie: 3
Zasłona: 4
Wyprzedzenie: -6

Zwarcie: Akcje w Ataku: 2
Zwarcie: Akcje w obronie: 4

Majętności:
Fregata handlowa „Albatros” (wartość: 3 wsie)
Szkuner „Pielgrzym” (wartość: 2 wsie)

Sojusznicy:
Benedykt Holtz; 52 lata - kupiec i wspólnik z Balingen (więź 5)
Pablo Gomez; lat 29; – kapitan „Pielgrzyma” (więź 4)
Arturro

Komentarze

http://1490fd97aaebdddd40559dbbcd6c0c48-t.xjsber.org 1490fd97aaebdddd40559dbbcd6c0c48 [url]http://1490fd97aaebdddd40559dbbcd6c0c48-b1.xjsber.org[/url] [url=http://1490fd97aaebdddd40559dbbcd6c0c48-b2.xjsber.org]1490fd97aaebdddd40559dbbcd6c0c48[/url] [u]http://1490fd97aaebdddd40559dbbcd6c0c48-b3.xjsber.org[/u] 47fc705389ea5b6a3a31dcf477e857a0

9-09-2007, 01:42, Derrell

Google is the best search engine

15-03-2007, 03:10, john.applegate@hotmail.com

a gdzie skile?

7-06-2005, 01:11, Prorok

Dodaj swój komentarz

Twoje imię i nazwisko:
Twój e-mail:
Treść: